Niepokojące objawy w rozwoju ruchowym niemowląt? Kiedy zgłosić się do fizjoterapeuty?

 

Gdy coś Państwa niepokoi i gdy Państwa Maluch prezentuje któryś z objawów:

  • silne zaciskanie piątek,
    częste odginanie głowy i tułowia do tyłu, nadmierne prężenie się, prężenie nóżek z baletowym ustawieniem stópek
  • trudności z leżeniem na brzuszku, niechęć do przyjmować tej pozycji
  • opóźnione osiąganie poszczególnych etapów rozwoju (np. przewroty na brzuch, podpory, czy raczkowanie)
  • dziecko znajduje alternatywne sposoby poruszania np. przemieszcza się na pośladkach zamiast raczkować
  • problemy z jedzeniem, piciem,
    problemy ze snem, zasypianiem
  • okresowe drżenie kończyn
  • asymetryczne ustawianie tułowia lub głowy a także asymetria wykonywanych ruchów (np. dziecko używa tylko jednej rączki)

Większość z wymienionych wyżej objawów, może być skutecznie zniwelowana wyłącznie właściwą pielęgnacją Maluszka, czyli określonym sposobem postępowania w podnoszeniu, noszeniu, karmieniu, zabawie.

Im szybciej zostanie wprowadzona prawidłowa pielęgnacja dziecka, tym większe i szybsze będą efekty całej terapii.

Bezpłatna wypożyczalnia zabawek i pomocy terapeutycznych

Post związany jest z wydarzeniem utworzonym na Facebooku 👉 kliknij tutaj by dowiedzieć się więcej.

Jak będzie działać wypożyczalnia?

Zabawki będą wypożyczane bezpłatnie.

Wypożyczalnia będzie działać na terenie Warszawy (na chwilę obecną- mam nadzieję, że to się rozciągnie na całą Polskę)

Jeśli warunki i możliwości pozwolą- będzie możliwość wysyłki pomocy terapeutycznych do innych miast.

Pomoce i zabawki będą wypożyczane na okres miesiąca lub dwóch tygodni- zwykle będzie to zestaw pomocy terapeutycznych, które będą miały na celu ćwiczenie danej umiejętności.

Bardzo ważna jest informacja od terapeuty prowadzącego terapię dziecka (fizjoterapeuty, logopedy, terapeuty ręki itd.) – nad czym w danym momencie pracujecie i jakie pomoce terapeutyczne są potrzebne dziecku na obecną chwilę by wspomóc proces terapii.

Wszystkie zabawki będą dezynfekowane po każdym użyciu a także sprawdzane pod kątem ich dalszej użyteczności.

Kto może skorzystać z tej pomocy?

Wypożyczalnia będzie dostępna dla wszystkich dzieci z orzeczeniem o niepełnosprawności bez względu na diagnozę.

Nie ma ograniczeń wiekowych.

Co kryje się pod pojęciem pomoce terapeutyczne i zabawki edukacyjne?

Niestety nie każda zabawka pełni funkcję zabawki edukacyjnej, a głównie takich potrzebują dzieci, które każdego dnia pracują nad osiągnięciem danej funkcji. Chciałabym by do dzieci trafiały zabawki, które wspierają rozwój. Do takich zabawek niewątpliwie należą wszelkiego rodzaju:

  • sortery
  • układanki
  • gry logopedyczne,  kształtujące  spostrzegawczość, logiczne, planszowe, pamięciowe, przestrzenne, Quizy
  • domina: obrazkowe, dotykowe, obrazkowo – wyrazowe
  • plansze tematyczne
  • puzzle – w tym: fakturowe, podłogowe, przestrzenne
  • lotto, memmo
  • historyjki obrazkowe
  • zabawki manipulacyjne
  • zestawy do poznawania liter i cyfr
  • nawlekanki, przewlekani, koraliki różnego typu
  • pomoce Montessori
  • pomoce do poznawania cyfr i nauki liczenia
  • zestawy logopedyczne
  • zabawki logopedyczne
  • zestawy klocków
  • tablice manipulacyjne
  • memory
  • kształty do dopasywania
  • puzzle
  • kostki edukacyjne
  • maty i panele sensoryczne

Niestety ze względów higienicznych ważne by nie były to zabawki materiałowe i takich, których dezynfekcja jest utrudniona. Najlepiej jeśli są to zabawki drewniane (są najbardziej trwałe).

Zapraszam do grupy Fizjosensorycznie- wspieramy rozwój dzieci i niemowląt gdzie na bieżąco udostępniane będą informacje o zapotrzebowaniu na dany rodzaj zabawek i pomocy terapeutycznych. Na grupie możecie również proponować ciekawe i warte uwagi pomoce, które wykorzystujecie w pracy terapeuty, czy w warunkach domowych.

Mamo! Nie staraj się być fizjoterapeutką dla swojego dziecka!

Zamiast „fizjoterapeutką” możecie wstawić sobie logopedką, psycholożką, lekarką itd.

Długo już śledzę różne grupy dla mam, bo sama jestem mamą. Nigdy nie oceniam innych, tego co piszą, jak się wypowiadają. Staram się używać komunikat typu „ja” i mówić o sobie, swoich emocjach, doświadczeniach, ale od dłuższego czasu prześladuje mnie myśl, że muszę zabrać słowo w pewnej kwestii?

Nie od dziś wiemy, że z wielką łatwością przychodzi nam diagnostyka u dr Googla ? Jesteśmy w stanie zdiagnozować najgorsze choroby świata u siebie, ale przede wszystkim u własnych dzieci. Wiem, że na to nie mam wpływu. Sama nie jestem święta i tysiące razy szperałam w Internecie „w poszukiwaniu” tego czegoś… Czegoś, co ktoś nazwie po podaniu objawów. A później pełna obaw szukałam przyczyn, bo przecież ktoś lub coś musiało zawinić?

Wiele mam poszukuje wiedzy (nie zawsze rzetelnej) by dowiedzieć się „ o co chodzi do cholery?!”Jeśli się już dowiemy co to takiego, nie długo czekać, aż szukamy owych przyczyn- tutaj często ocierając się o poczucie winy. Bo okazuje się, że w ciąży zdarzyło nam się to i to, a w czasie porodu to to i to, a po porodzie to to i to… I już jest! Bam! „Nie taką matką chciałam być! Nie jest dobrze!”.

A w praktyce to wygląda tak: „Cześć dziewczyny, lekarz dopiero  jutro, a ja nie wiem co robić, bo wyczytałam, że… „ No właśnie tutaj każda z nas podstawi sobie swój problem.

I chyba każda z nas tam była chociaż raz?

Zdaję sobie sprawę, że wszystkie te “mamusine” grupy mają mieć charakter wspierający, mają pomagać. I rzeczywiście w większości przypadków tak jest. Ktoś inny ma większe doświadczenie, więc chętnie pomoże. Zapominamy jednak o tym, że każdy jest inny mimo wszystko, oraz że każdy organizm jest inny i reaguje w inny sposób. To co pomoże jednej osobie- drugiej może zaszkodzić.

Wiem też, że chcemy dobrze dla naszych dzieci i często robimy to z troski. Ale róbmy to świadomie. Wspierajmy właściwie.

My niby wiemy, że dr Google często bywa omylny, nie mniej jednak korzystamy z jego usług do znudzenia??

Ale dzisiaj chciałam napisać słów kilka o tym co związane z tym co robię, czyli rehabilitacją. Zaczęłam przymykać oko na pewne pytania, które pojawiają się na forach, ale ciężko mi przejść obojętnie obok pytań w stylu: „Moje dziecko pełza asymetrycznie, ciągnie jakby jedną wyprostowaną nóżkę za sobą, jak mogę jej pomóc by pełzała obustronnie?. A pod pytaniem odpowiedzi „doświadczonych” mam?: „Zginaj jej tą nóżkę, którą prostuje- ja tak robiłam i pomogło”, „ Poczekaj, na pewno zacznie to robić naprzemiennie- u nas też tak było”, „ U mnie też  tak pełzała, teraz bryka”. Nosz kurde mać!?? A gdzie komentarz „Może warto to skonsultować z fizjoterapeutą?”.

Przyznam… Teraz świadomość jest tak duża, że coraz częściej widzę zachęcanie innych mam do wizyty u specjalisty. Ale nadal to kropla w morzu.

Pozwolę sobie wrócić do wątku o pełzającym asymetrycznie dziecku.

Przyszli kiedyś do mnie rodzice na konsultację- dziecko 1,5 roczne- od niedawna stawiające pierwsze kroki. Rodziców zaniepokoiło nie używanie przez dziecko jednej strony ciała. Kiedy zobaczyłam chłopca- byłam niemalże pewna diagnozy ☹ Zleciłam wykonanie badań, wizytę u neurologa i niestety moje obawy się sprawdziły- mózgowe porażenie dziecięce o typie hemiplegii (czyli połowicze porażenie). Zastanawiałam się jak nikt wcześniej tego nie zauważył? I nie mam na myśli rodziców- bo żaden rodzic nie ma obowiązku wiedzieć czym jest mózgowe porażenie dziecięce (i Wy też przypadkiem nie pytajcie dr Googla!)- od tego jest wnikliwe oko specjalisty. Nie mniej jednak na którymś z etapów, ktoś „nie zauważył” czegoś ważnego.

I teraz żeby nie było… Wrócę do postu mamy zaniepokojonej pełzaniem jednostronnym. Pełzanie dziecka  z wyprostowaną nóżką nie musi oznaczać, że u dziecka rozwija się mózgowe porażenie dziecięce!

Ale… Proszę Was wszystkie- dla dobra Waszych i innych dzieci- nie starajcie się być fizjoterapeutkami dla Waszych pociech- konsultujcie wszystko co Was niepokoi ze specjalistami.

To, że jednemu dziecko pomogło zginanie wyprostowanej nóżki, by zaczęło pełzać naprzemiennie, nie oznacza, że Twojemu dziecku też pomoże. Pełzanie to nie tylko naprzemienne zginanie kończyn. To również praca nad przenoszeniem ciężaru ciała (UWAGA! Naprzemiennym). Pamiętajmy, że takie pełzanie jest oznaką asymetrii, która to nieleczona może przerodzić się w skoliozę, czy postawę skoliotyczną?

Gdyby to wszystko było tak proste- myślę, że praca fizjoterapeuty nie miałaby sensu, bo przecież można by było stworzyć jeden poradnik, w którym widniałoby kilka ćwiczeń „na pełzanie”, „ na czworakowanie”, „na chodzenie” i każda mama w domowym zakątku mogłaby sobie pracować z własnym dzieckiem. Ale tak niestety nie jest…

Fizjoterapeuta, który pracuje z niemowlętami kończy 5 letnie studia, a następnie szereg kursów, w tym np. kurs NDT-Bobath, który trwa dwa miesiące. Już nie wspomnę o kolejnych kursach. To najpierw 5 lat ogólnej, niełatwej wiedzy, a następnie dwa miesiące ciężkiej codziennej pracy z pacjentem, dwa miesiące myślenia, a nie kopiowania tych samych ćwiczeń do każdego pacjenta. Ja swój kurs Bobath wspominam jako czas intensywnej pracy nad zmianą myślenia o pacjencie- a później kilka lat wdrażania to w życie. I myślenia, myślenia i jeszcze raz myślenia! Nie odtwarzania schematów!

Rehabilitacja nie może być utartym schematem, bo każdy pacjent jest inny, każdy ma inne potrzeby, możliwości. Każdy rodzic też jest inny. To co dla zadaniowego rodzica będzie bułką z masłem, już dla wrażliwego będzie twardym orzechem.

To jest mój apel do wszystkich z Was, którzy chcecie dobrze dla swoich dzieci- myślcie też o innych. Nie proponujcie utartych schematów, bo dzieci to nie roboty! To istoty z indywidualnym potencjałem, z indywidualnym tempem rozwoju, z różnym napięciem mięśniowym i różnymi potrzebami.

Ja często dostaję wiadomości z prośbą o „ćwiczenia na…”. I dobrze wiecie, że nikt z Was nie dostanie gotowego schematu ćwiczeń. Nie u mnie! Nie- bez zbadania dziecka! Nie- bez analizy!

Proszę, konsultujcie się ze specjalistami. Czy to fizjoterapeuta, logopeda czy psycholog. Taka konsultacja pozwoli na indywidualne podejście do Waszego dziecka, oceni Wasze i tylko Wasze dziecko i zakończy się zaleceniami dla Waszego i tylko Waszego maluszka! Cieszcie się sobą, celebrujcie ten piękny czas- a robotę zostawcie tym, którzy się na tym znają. I bądź po prostu Mamą- nie fizjoterapeutką!❤

Jeśli chcesz wiedzieć jak prawidłowo wspierać rozwój Maluszka- zapraszam do grupy na Facebooku Fizjosensorycznie- wspieramy rozwój dzieci i niemowląt?Kliknij tutaj?

Obniżone napięcie mięśniowe u dziecka

Ostatnie lata mam wrażenie obrodziły w dzieci z obniżonym napięciem mięśniowym. Kiedy rozmawiam z koleżankami czy kolegami, którzy już w zawodzie fizjoterapeuty pracują znacznie dłużej niż ja, odpowiadają, że kiedyś ich ręce nie były tak pełne pracy (mówimy o czasach ok. 20 lat wstecz).

Dla mnie ten temat jest szczególnie bliski, bo bezpośrednio dotyka mnie samej- tak właśnie! Mam obniżone napięcie mięśniowe, o czym wspomnę więcej w poniższym artykule.

Cóż…Zdecydowanie mam niższe napięcie mięśniowe niż moi rówieśnicy. Od kiedy pamiętam pokładałam się podczas prac stolikowych, w szkolnej ławce, a TV oglądałam zwinięta w chińskie „s”, co dziś objawia się postawą skoliotyczną (dla tych, którzy nie wiedzą- kręgosłup kolokwialnie mówiąc wykrzywia się w literkę “c”, a właściwie już w literkę “s”).

A teraz zanim doczytasz ten artykuł do końca. Usiądź wygodnie, zaktywizuj swoje mięśnie i postaraj się do końca artykułu wytrzymać w tej aktywnej pozycji. I nie poddawaj się! ?

Warto rozpocząć od bardzo krótkiego wstępu z zakresu neurofizjologii.

Napięcie mięśni, czyli tzw. tonus to zdolność mięśni do przeciwdziałania skurczem biernemu rozciąganiu. Wyróżniamy napięcie fazowe i posturalne.

Tonus mięśniowy zależy od funkcjonowania łuku odruchowego, reagującego na rozciąganie mięśnia, rdzenia kręgowego, modulujących i integracyjnych wpływów wyższych pięter ośrodkowego układu nerwowego (kory ruchowej i przedruchowej, jąder podkorowych, móżdżku, funkcji błędnika, tworu siatkowatego). Oczywiście nie bez znaczenia jest wydolność połączeń nerwowo-mięśniowych i stan włókien mięśniowych. Na napięcie i jego regulację mają także wpływ lepkość i sprężystość tkanki mięśniowej, ścięgien i powięzi.

No dobra, to by  było w bardzo dużym skrócie jeśli chodzi o podstawy teoretyczne. Wiem, że nie każdy to lubi.

Dzisiaj chcę Wam opisać problem obniżonego napięcia, bardzo przystępnie. Temat jest dość znany, ale nie jest prosty. Przede wszystkim nie jest oczywistym sama ocena napięcia mięśniowego, ponieważ nie jesteśmy w stanie jednoznacznie określić, kiedy napięcie mięśniowe należy uznać na bardzo obniżone, a kiedy nieznacznie- nie ma obiektywnych skal, nie ma norm- więc siłą rzeczy nie ma się do czego odnieść.

No dobrze, ale jakoś diagnoza jest stawiana. Na jakiej podstawie?

To co wysuwa się na pierwszy plan to widoczna wiotkość mięśni. I dotyczy to dzieci na każdym etapie rozwoju. Pewne objawy widzimy „gołym okiem”, często już w okresie noworodkowym. Najczęściej lekarz czy fizjoterapeuta wykonuje tzw. próbę trakcyjną, która polega na pociąganiu dziecka za rączki (przypominam, że to próba neurologiczna, nie ćwiczenie i nie należy jej wykonywać w domu!), a której niemowlę nie wykonuje poprawnie.

Niemowlęta z obniżonym napięciem mięśniowym często są dziećmi bardzo spokojnymi, niewymagającymi, wręcz ospałymi. To co często słyszy się od rodziców niemowląt z obniżonym napięciem: „jakbym dziecka nie miała, leży lub śpi”.

Oczywiście nie każde dziecko, które jest spokojne będzie miało obniżone napięcie mięśniowe i odwrotnie.

Generalnie dziecko z obniżonym napięciem mięśniowym, bez względu na to czy ma 3 miesiące, 4 czy 6 lat, ma małą motywację do działania, a mówiąc ściślej- do ruchu. I niech Was nie zmyli słowo ruch- bo to nie tylko pełzanie, czworakowania, czy brykanie, ale również mowa. Tak właśnie! Bo dzieci z obniżonym napięciem mięśniowym również wykazują deficyty w tym obszarze.

Co jeszcze może nas niepokoić?

Pierwsze objawy przypadające na okres niemowlęcy zwykle dotyczą opóźnień w osiąganiu poszczególnych umiejętności ruchowych, takich jak obroty, pełzanie, czworakowanie. Zanim dojdzie do tego zwykle maluszek, którego napięcie jest obniżone protestuje w ułożeniu na brzuszku. Częstym objawem jest też asymetria ułożeniowa. (więcej o asymetrii przeczytasz? tutaj)

Wiele dzieci z obniżonym napięciem mięśniowym siada w tzw. literkę „W”, czyli między piętami. Dzięki takiej pozycji płaszczyzna podparcia zwiększa się dając dziecku dużą stabilność, a tym samym sprawia, że dziecko nie musi się męczyć (a tego dziecko z obniżonym napięciem mięśniowym bardzo nie lubi).

Czy obniżone napięcie mięśniowe można wyćwiczyć, czy już tak będzie miał całe życie?

To chyba najczęstsze pytanie zadawane przez rodziców, których maluszek wykazuje cechy obniżone napięcia mięśniowego. Generalnie, my rodzimy się z pewnym podstawowym napięciem mięśniowym i to się nie zmienia na przestrzeni lat. To co możemy zrobić, to poprzez odpowiednie ćwiczenia, stymulację rozwoju wpłynąć na rozwój dziecka, kierując go na odpowiedni tor. Właśnie po to jest rehabilitacja.

Co jeśli dziecko z obniżonym napięciem mięśniowym nie zostanie poddane usprawnianiu?

Cóż… Wiadome, że wszystko zależy od dziecka, a jak wiemy każde jest inne. To czego obawiamy się najbardziej to wady postawy (tak jak było w moim przypadku).

Począwszy od wad stóp, kolan (najczęściej koślawość), osłabionych mięśni posturalnych (brzuszek wysunięty do przodu- co wpływa na nadmierne obciążanie kręgosłupa), a także bocznego skrzywienia kręgosłupa (postawa skoliotyczna, skolioza) po wady wymowy (i tu znowu ja jestem przykładem?) a nawet problemy z pisaniem (w ogóle z małą motoryką), czynnościami samoobsługi czy koncentracją uwagi (znowu ja?). Częstym problemem dzieci z obniżonym napięciem mięśniowym jest nadmierna męczliwość. Może być też tak, że dziecko jest nadmiernie pobudzone i w ciągłym ruchu. Wręcz poszukuje ruchu gdzie się da. Mogą wystąpić problemy z równowagą. Dziecko w ogóle słabiej czuje swoje ciało.

Obniżone napięcie mięśniowe a integracja sensoryczna

Warto o tym wspomnieć, ponieważ fizjoterapeuta nie jest jedynym terapeutą, do którego trafi dziecko z obniżonym napięciem mięśniowym. Często dzieci te trafiają również do gabinetu integracji sensorycznej.

Obniżone napięcie mięśniowe może być zarówno skutkiem jak i przyczyną zaburzeń sensomotorycznych.

I tutaj na pierwszy plan wysuwa się układ przedsionkowy i proprioceptywny (o samej propriocepcji możecie przeczytać? tutaj), ale to temat na odrębny artykuł.

Zdarza się że dziecko, które od urodzenia zmagało się z obniżonym napięciem mięśniowym, poddane usprawnianiu (u fizjoterapeuty), które zakończyło proces rehabilitacji w wieku niemowlęcym, czy poniemowlęcym, wraca w wieku przedszkolnym czy szkolnym na terapię, tym razem integracji sensorycznej. Dlaczego o tym piszę? Bo mam wrażenie, że niewiele na ten temat się mówi, a problem istnieje. I znowu powtarzam do znudzenia- nie każde dziecko pójdzie tym torem. Sygnalizuję jedynie, by mieć również ten aspekt na uwadze. Dużo łatwiej jeśli wykryjemy nieprawidłowości wcześniej.

Obniżone napięcie to niesie za sobą sporo trudności, ale nie oznacza to, że nie ma na to rady. Nie zmienimy napięcia podstawowego, ale możemy wpływać na wiele innych aspektów i warto to robić. To nie musi być rehabilitacja do końca życia, to mogą być zajęcia ruchowe, taneczne, pływanie. Pamiętajmy tylko o jednym- o wadach postawy i o tym by konsultować dziecko ze specjalistą jeśli zobaczymy niepokojące objawy. A tym czasem bacznie obserwujcie swoje Maluszki i Starszaki i miejcie z tyłu głowy, że z obniżonym napięciem da się żyć- choć bywa trochę “pod górkę”.

Piśmiennictwo:

Prusiński A.(1983). Podstawy neurologii klinicznej. Warszawa PZWL.
Sweiman K. (2006) Swein K. w Muscular tone and gait disturbances (tom 1). Philadelfia:Mosby Elsevier
Malina RM. Motor Development during infancy and early childhood: overview and suggested directions for research. International Journal of Sport and Health Science 2004; 2: 50-66.

Emocje dziecka i matki- wywiad z psychologiem

Wywiad z wspaniałą psycholożką Aleksandrą Iwacz? Mamologia

Może warto na początek wyjaśnić sobie czym są emocje a czym napięcie emocjonalne?

Emocje są czymś co towarzyszy różnym wydarzeniom i zwykle trwają dosyć krótko, mówi się o 90 sekundach. Lubię myśleć o emocjach jako o czymś co pozwala nam rozumieć siebie i innych. Smutek pozwala nam pogodzić się ze stratą, złość daje nam znać, że na coś się nie zgadzamy, strach ostrzega nas przed czymś niebezpiecznym. Warto sobie uświadomić rolę każdej z emocji, bo to od razu pokazuje nam, że nie emocji dobrych i złych. Wszystkie są potrzebne. Napięcie emocjonalne, to najprościej mówiąc coś, co potocznie nazywamy stresem.

W jaki sposób dzieci radzą sobie z napięciem? (mam na myśli ssanie palca, bujanie itp.)

Moje subiektywne obserwacje pokazują, że najpopularniejsze sposoby radzenia sobie z napięciem emocjonalnym przez dzieci to ssanie palca, gryzienie, obgryzanie paznokci, wyrywanie sobie włosów, rytmiczne bujanie się, ale też masturbacja czy agresja – wobec innych i wobec samego siebie. Dzieci mogą też uciekać w tiki nerwowe, moczenie czy zaburzenia jedzenia, jąkanie. Trudno wymienić wszystko, ile dzieci – tyle sposobów. Rodzice stawiają sobie wtedy pytanie: co robić? Jak reagować? Właściwe pytanie brzmi: co powoduje to napięcie i jak je zniwelować.
Sporo takich zachowań zanika wraz z rozwojem, ale jeśli utrudniają życie nam lub dziecku, albo budzą nasz niepokój, to warto się skonsultować. To co możemy zrobić jako rodzice, to zapewnić maksymalne poczucie bezpieczeństwa.

Jak pomóc dziecku rozładować napięcie w ciele?

Spędzać sporo czasu na zabawie, w której to dziecko może przejąć kontrole. Zabawa często pokazuje autentyczne emocje, daje wskazówki co dziecko trapi i co mogłoby pomóc. Po za tym, wiele prawdy jest w twierdzeniu, że dzieci muszą się wybiegać, warto zadbać o zaspokojenie potrzeby ruchu: bieganie, skakanie,  tańczenie, zabawy siłowe takie jak przepychanki i czy ciągnięcie liny. Zabawy masami plastycznymi: ugniatanie ich, rozcieranie, mieszanie dłońmi.  Targanie kartek, albo malowanie na dużych arkuszach. Ściskanie różnych gniotków. Dobrze sprawdzają się też zabawy oddechowe. To oddech łączy ciało z umysłem, angażując nerw zwany błędnym. Lubię proponować dzieciom zdmuchiwanie niewidzialnych świeczek, przedmuchiwanie magicznych chmur kiedy leżą na plecach, czy ogrzewanie magicznej filiżanki kakao, którą robimy z naszych dłoni. No i nie mogę też pominąć masaży! Dzieci w dużej mierze regulują się przez ciało, pewnie Ty też możesz tu rodzicom coś podpowiedzieć.

Czy myślisz, że emocje mamy mogą w jakikolwiek sposób wpływać na dziecko? Jeśli tak to w jaki sposób?

Ja nie myślę, ja to wiem! Dzieci nie są zdolne do samoregulacji, zawsze robią to w relacji z drugim człowiekiem. Mówi się emocjonalnym wi-fi czy rezonansie limbicznym. Badania pokazują, ze kiedy w mózgu opiekuna, ważnej dla dziecka osoby pojawia się pobudzenie emocjonalne, to w mózgu dziecka dzieje się to samo.  Nasza złość przechodzi na dziecko, tak samo jak spokój. Dlatego zawsze uczenie dzieci regulacji emocji, powinniśmy zacząć od pracy z samym sobą.

Czy możesz podać jakiś przykład z autopsji lub ze swojego zawodowego doświadczenia wpływu emocji rodzica na dziecko?

Nie trzeba szukać daleko, to są sytuację, których codziennie doświadcza każdy rodzic. Dziecko gorzej zasypia kiedy my w głowie myślimy już co jeszcze mamy dziś do zrobienia. Na samą myśl o myciu dziecku zębów, robi nam się słabo, bo wiemy że znów skończy się to awanturą, ale kiedy zrobi to babcia, która ma w sobie ogrom spokoju, idzie gładko. Jesteśmy w środku awantury, dziecko się złości i nie możemy się z nim dogadać, ale wkracza drugi dorosły, który właśnie wrócił do domu w dobrym humorze i dziecku „przechodzi” w kilka chwil. Mówi się, że dzieci są lustrem rodziców, odbijają nasze zachowania i emocje.

Jak mama może radzić sobie z emocjami, które są dla niej trudne i prowadzą do nadmiernego napięcia?

Rozumiem, że masz na myśli emocje mamy? Mówi się, ze rodzic musi być kontenerem, który zmieści wszystko co „wrzuca” do niego dziecko. A więc wszystkie emocje i zachowania. To nie jest łatwe zadanie, bo musimy tam zmieścić również siebie, męża, prace i czasem ten kontener robi się bardzo mały i szybko się z niego „wylewa”. Jeśli taka sytuacja ma miejsce, to jest to dla nas sygnał, że musimy bardziej się o siebie zatroszczyć. Zadbać o swoje zdrowie fizyczne i psychiczne,  o sen, odpoczynek. Jeśli czujemy, że tego jest za dużo, a to napięcie tak jak mówisz jest nadmierne to biec czym prędzej do specjalisty, który udzieli nam wsparcia.

Czego unikać/ co robić w sytuacji kryzysowej? Kiedy widzimy, że dziecko osiąga swój najwyższy poziom frustracji i wiemy,  że zaraz wybuchnie?

Czego unikać? Własnego wybuchu. To jest coś, o co w sytuacji kryzysowej nie jest trudno, a co zdecydowanie nie pomaga. Naszym zadaniem jest zauważyć emocje dziecka, tak szybko jak tylko to możliwe. Czym szybciej się nimi zaopiekujemy, tym mniej będą one musiały rosnąć. Nie warto na pewno w momencie eskalacji próbować czegoś tłumaczyć, odwoływać się do jakiś logicznych argumentów. Jakkolwiek zabawnie to zabrzmi, każdy z nas ma w sobie trzy mózgi. Ten, który pozwala nam logicznie myśleć, ten który pozwala nam odczuwać emocje i ten najgłębiej schowany – mózg gadzi. To on odpowiada za podstawowe funkcje: oddychanie, bicie serca, uczucie głodu i pragnienia. Dzięki niemu cofamy rękę, kiedy tylko dotkniemy czegoś gorącego. Dziecko w silnych emocjach, zagrożeniu (nawet jeśli naszym zdaniem nieuzasadnionym) walczy o przetrwanie. Nie ma tu miejsca na logiczne myślenie i wyciąganie wniosków.  Próby wyciszenia reakcji stresowych w tym momencie nie mogą zwiastować nic dobrego. Nie tylko nie pomagają, ale przede wszystkim jeszcze bardziej dokładają do i tak już przeciążonego systemu nerwowego dziecka. To na co mamy wpływ, to my sami i udzielenie dziecku maksymalnego wsparcia i akceptacji emocji: „Słyszę jak Ci trudno”, „Czy jesteś zły?” „Czy to Cię zdenerwowało?”, a czasem milczenie i bycie obok jest najlepszym rozwiązaniem.

Dlaczego dzieci biją rodziców?

Czasem dlatego, że mają takie doświadczenia, że bicie jest formą komunikacji, bo zaobserwowały to u innych lub bohatera bajki. Czasem dzieci biją ze strachu, boją się dorosłych, czują się zagrożone przez sytuacje, inne dzieci. Bicie jest też sposobem na rozładowanie emocji. Czasami dzieci biją dlatego, ze nie wiedzą co zrobić, robią z bezradności. Czasem próbują sobie dostarczyć różnych wrażeń. A bywa też tak, ze to jest po prostu sposób na poznawanie świata, na jego doświadczanie.

Co robić gdy dziecko bije rodzica? Jak reagować?

Jedyna odpowiedź na to pytanie brzmi: poszukać przyczyny i się nią zaopiekować, bez tego nie wiele możemy zdziałać. Nawet jeśli uda nam się zaprzestać bicia, ale nie zajmiemy się przyczyną, to problem nie zniknie, a co najwyżej zmieni oblicze, albo obiekt. Rodzic więc musi poświęcić czas na bycie detektywem, dociekanie, sprawdzanie i obserwacje.

Jak poznać, że dziecko nie radzi sobie z emocjami?

Mam w sobie taką wielką pewność, ze rodzic jest ekspertem od swojego dziecka i jeśli coś się dzieje, coś zgrzyta, to rodzic to wyczuwa. To mogą być rzeczy widoczne gołym okiem, o których mówiłyśmy wcześniej, trudne i budzące nasz niepokój zachowania. Jednak, tak samo dzieci nadmiernie grzeczne, zawsze spokojne, nie pozwalające sobie na spontaniczność mogą potrzebować naszego wsparcia. Dzieci bardzo często mówią o tym, że jest im trudno, ale często nie robią tego wprost. Bywa, że za „Mamo, pobawisz się ze mną?”, kryje się „Mamo, mam problem, ale nie wiem jak Ci o tym powiedzieć”. Jeśli  dzieci na co dzień będą czuły naszą akceptację i bezwarunkową miłość będą łatwej dzieliły się  z nami tym co czują.

Olę znajdziecie na Facebooku oraz Instagramie. Jest mamą i wspaniałym terapeutą?

Rozwój mowy to nie tylko słowa. Od jedzenia do mówienia

W gabinecie logopedycznym coraz częściej obserwuję, że deficyty artykulacyjne u dzieci często mają podłoże w nieprawidłowościach sensomotorycznych aparatu orofacjalnego. Wobec tego należy zwiększyć świadomość wśród rodziców i opiekunów dotyczącą tego, że czynności, które są związane z przyjmowaniem pokarmów wpływają także bezpośrednio na sprawność aparatu artykulacyjnego. Poniżej postaram się wyjaśnić jaki wpływ ma przebieg ssania, gryzienia, żucia, połykania i oddychania na późniejszy rozwój artykulacji dziecka.

Ale od początku. Dzieci dostarczają sobie stymulacji dotykowej jeszcze w okresie niemowlęctwa na przykład poprzez wkładanie rączek i przedmiotów do buzi, co wpływa także na odwrażliwienie wnętrza jamy ustnej.

Dzięki takiej autostymulacji oralnej, podczas której maluszek oswaja się z obecnością  paluszków lub przedmiotów w buzi, przesuwa granicę odruchu wymiotnego w kierunku gardła. 

Niemowlęta poprzez autoeksplorację oralną poznają wielkość, kształt i smak przedmiotu, który wkładają do ust. Takie doznania sensoryczne, które towarzyszą autostymylacji oralnej przygotowują dziecko do jedzenia, picia, a także wydawania dźwięków artykulacyjnych.

„Niemowlę rozwija mięśnie ustno-twarzowe przez ssanie i połykanie, a później przez gryzienie i żucie. Tego rodzaju aktywności sensoryczno-motoryczne stanowią podstawę tworzenia się pierwszych wokalizacji i rozwoju mowy (artykulacji).”[1]

Czynność ssania to odruch wrodzony i fizjologiczny. Jest to najsilniejszy i zapewniający przeżycie, naturalny odruch dziecka. Pojawia się już w życiu płodowym (ok. 17 tyg. ciąży) i wówczas dziecko potrafi ssać własny palec, natomiast pełna reakcja ssania, która polega na koordynacji ssania, połykania i oddychania pojawia się ok. 32. tyg. ciąży. Wobec tego, większość dzieci po urodzeniu jest przygotowana do ssania piersi.

Możemy spotkać się z dwoma określeniami ssania – ssanie odżywcze i ssanie nieodżywcze.

Ssanie odżywcze wymaga od niemowlaka skoordynowanej czynności ssania-oddychania-połykania podczas pobierania pokarmu.

Ssanie nieodżywcze nie przynosi dziecku walorów odżywczych, natomiast daje poczucie bliskości i bezpieczeństwa, pomaga niemowlakowi w samoregulacji i w regulacji systemu sensorycznego. Dziecko w ten sposób ssie najczęściej opróżnioną pierś mamy, smoczek lub kciuka.

Odruch ssania jest niezwykle istotnym elementem prawidłowego rozwoju umiejętności jedzenia dziecka, a ssanie piersi to najlepsza forma kontaktu dotykowego noworodka z matką. Podczas aktu ssania wzmacniają się mięśnie, które używane są także przy połykaniu – mięśnie okrężne warg, mięśnie języka i podniebienia oraz mięśnie policzkowe. Dzięki temu odbywa się także trening oddychania przez nos. Odruch ssania wygasa po 1 r.ż. i według zaleceń WHO[2], dziecku po ukończeniu 1. r.ż. nie należy podawać pokarmów ani płynów przez butelkę ze smoczkiem. Dziecko powyżej 1 r.ż. pijąc z butelki ze smoczkiem lub z butelki z twardym ustnikiem (tzw. kubka niekapka lub butelki z dzióbkiem) nie ćwiczy prawidłowego sposobu oddychania, a ponadto utrwala odruch ssania (który powinien już zaniknąć) i utrwala niemowlęcy typ połykania (to sposób połykania śliny z językiem położonym płasko na dnie jamy ustnej). Długotrwałe używanie smoczka może prowadzić do wad zgryzu, których następstwem mogą być wady wymowy, w tym także może doprowadzić do międzyzębowej realizacji głosek.

Konieczność wprowadzenia produktów uzupełniających wynika z tego, że dziecko ma coraz większe zapotrzebowanie na składniki odżywcze, których już samo mleko nie może zaspokoić. WHO[3] zaleca, aby dzieciom około 6.-7. ms. ż. zacząć wprowadzać pokarmy stałe (uzupełniające), przy jednoczesnym zachowaniu karmienia piersią. W tym czasie dziecko uczy się akceptować pokarmy o innej konsystencji niż płynna czy papkowata, a także nabywa nowe umiejętności oralne.

Pierwsze produkty uzupełniające wprowadzamy do diety dziecka, podając je łyżeczką, gdy dziecko opanuje tę umiejętność, jest to również dobry moment na to, by rozpocząć naukę picia z kubka otwartego.

Jednym ze sposobów wprowadzania pokarmów uzupełniających jest Baby Led Weaning (BLW). Metodę BLW można wprowadzić dziecku, które potrafi samodzielnie siedzieć (czyli ok. 6.-7. ms. ż.), podaje się wówczas różne pokarmy stałe w takiej postaci, by mogło je samodzielnie chwycić rączką. W tym czasie dziecko w dalszym ciągu jest karmione piersią lub produktem, który zastępuje kobiece mleko.

Pierwszą próbę picia z kubka otwartego (początkowo trzymanego dziecku przez osobę dorosłą) można rozpocząć już po 6. ms. ż., jednak doskonalenie tej umiejętności następuje wraz z rozwojem psychoruchowym, gdy dziecko stabilnie i samodzielnie siedzi. Dziecko pijąc z kubka otwartego zdobywa nowe umiejętności i uczy się dojrzałego typu połykania, podczas którego łuki zębowe są zwarte, a koniec języka opiera się na przedniej części podniebienia łuków zębowych. Jeśli jednak dziecko ma trudności z piciem z kubeczka, to warto rozpocząć naukę tej umiejętności od kubków treningowych polecanych przez logopedów. Podczas spacerów czy podróży dobrym rozwiązaniem są bidony z rurką, ale należy mieć na uwadze to, by słomka nie była wsuwana między zęby czy dziąsła tylko, aby została w przedsionku jamy ustnej.

*Pamiętajmy jednak, że dziecko będące wcześniakiem, a także dziecko z wyzwaniami rozwojowymi ma mniejszą gotowość do karmienia i w związku z tym wymaga indywidualnych rozwiązań, dostosowanych do ich możliwości i ograniczeń.

Czynności gryzienia i żucia (obok picia z kubka otwartego), są najtrudniejszymi umiejętnościami związanymi z przyjmowaniem pokarmów. Dziecko nabywa te umiejętności w naturalny sposób, przechodząc stopniowo przez wszystkie etapy rozwoju czynności pokarmowych. Początkowo dziecko może mieć trudności ze spożywaniem pokarmów wymagających żucia lub gryzienia, ale zbyt długie podawanie dziecku zmiksowanych lub papkowatych posiłków wpływa negatywnie na rozwój jego mowy.

Nauka żucia naturalnie najlepiej przebiega pomiędzy 6. a 10. ms. ż. dziecka, a gryzienie do końca 2. r. ż.

Aby wspomóc czynność umiejętności gryzienia i żucia, podajemy dziecku coraz twardsze produkty. Dziecko u  którego pojawiły się już zęby trzonowe, jest w stanie samodzielnie przygotować pokarm do połknięcia, poprzez zmielenie i zmiażdżenie go w buzi. Wobec tego dziecko w tym czasie jest już w stanie samodzielnie przetworzyć sobie pokarm do papkowatej konsystencji.  Dziecko, które spożywa twardsze pokarmy, dzięki umiejętności żucia zapobiega próchnicy, stłoczeniom zębów, wadom zgryzu, a także dostarcza sobie wielu bodźców sensorycznych i stymuluje rozrost szczęk.

Brak umiejętności gryzienia i żucia powoduje:

  • nieprawidłowo rozwinięte uzębienie,
  • obniżenie napięcia mięśniowego warg, języka, policzków,
  • nadwrażliwość jamy ustnej,
  • brak stymulacji czynności żuchwy,
  • wady zgryzu,
  • infantylne połykanie.

Podsumowując, dziecko podczas jedzenia i mówienia uczy się koordynacji mięśniowej, a przebieg ssania, gryzienia, żucia, połykania i oddychania to pierwszy, naturalny trening narządów mowy każdego człowieka, mający wpływ na późniejszy rozwój artykulacji.

Artykuł napisany przez logopedę Paulinę Mistal.

Jeśli chcecie wiedzieć więcej- zapraszam Was do śledzenia profilu Pauliny- pani logopedyczna na Facebooku i Instagramie. ⬅Kliknij

Bibliografia:

  1. Pluta-Wojciechowska D., 2017, Dyslalia obwodowa. Diagnoza i terapia wybranych form zaburzeń, Bytom
  2. Machoś M., Czajkowska M., 2019, Ssanie bez tajemnic, Zabrze.
  3. Kaczorowska-Bray K., Milewski S., 2016, Wczesna interwencja Logopedyczna, Gdańsk.
  4. Mistal P., 2019, Na co uważa gdy dziecko uczy się mówić?, Lublin
  5. Szajewska H., Socha P., Horvath A.,, Rybak A., Dobrzańska A., Katarzyna Borszewska-Kornacka M., Chybicka A., Czerwionka-Szaflarska M., Gajewska D., Helwich E., Książyk J., Mojska1 H., Stolarczyk A., Weke H., 2016, Zasady żywienia zdrowych niemowląt. Zalecenia Polskiego Towarzystwa Gastroenterologii, Hepatologii i Żywienia Dzieci
  6. Stanowisko Amerykańskiej Akademii Pediatrii  w sprawie karmienia piersią 2012

[1] M. Matyja I. Doroniewicz, Neurorozwojowe podstawy rozwoju mowy i terapii logopedycznej, (w:) K. Kaczorowska, S. Milewski, Wczesna interwencja logopedyczna, Gdańsk 2016, s. 58.

[2] Dane z „Zasady żywienia zdrowych niemowląt. Zalecenia Polskiego Towarzystwa Gastroenterologii, Hepatologii i Żywienia Dzieci”

[3]  Zob. „Zasady żywienia zdrowych niemowląt. Zalecenia Polskiego Towarzystwa Gastroenterologii, Hepatologii i Żywienia Dzieci”.

Czy niejadek przestaje być niejadkiem?

Kiedy to się zaczęło?

Zacznę od czasów szkoły podstawowej. Wyobraźcie sobie, że zawsze chciałam jeść obiady w szkole! Zazdrościłam innym dzieciom, że w trakcie tej długiej przerwy biegną z papierowym numerkiem po ciepły obiadek. Też tak chciałam. Ale moja historia z obiadami w szkole skończyła się tym, że na 20 obiadów podanych w miesiącu, ja zjadłam raptem 5. I to też nie oznaczało zjedzenia dwóch dań jednocześnie. Często była to sama zupa lub wyłącznie drugie danie. W zależności od tego czy tolerowałam dane produkty. Tak więc ponieważ za obiady płaciło się za cały miesiąc z góry, szybko z tych obiadów zrezygnowaliśmy. Dla rodziców był to wydatek, a dla mnie niepotrzebna frustracja, kiedy głodna przybiegałam na szkolną stołówkę (obiady były niespodzianką, nie było tak jak jest teraz, że wiesz co będzie w danym tygodniu) i dowiadywałam się, że dziś krupnik i pulpety w sosie pomidorowym ? Bleee! Plus często ten okropny zapach unoszący się wokół?

No właśnie! ? Mam dobry węch, do dzisiaj wyczuwam różne rzeczy mimo, że ktoś ich nie czuje i to również miało wpływ na moją wybiórczość.

Do dzisiaj tak mam, że jak w jedzeniu coś mi nie „podpachnie” to koniec, faktur pewnych też nie akceptuję, ale jest i tak lepiej niż kiedyś.

Nie ulega wątpliwości, że problemy w przetwarzaniu sensorycznym również miały ogromny wpływ na moją wybiórczość. Ale o tym innym razem.

Dorosły niejadek

To chyba było najgorsze, kiedy wychodzisz spod ciepłego klosza maminej kuchni, która serwuje Ci TYLKO to co Twoje kubki smakowe akceptują i nagle pojawiasz się na obiedzie rodzinnym u przyszłych teściów ?? A tam na stole przyszła teściowa bardzo się starając przygotowała „przepyszny” bigos lub zupę grochową lub nie daj Boże pomidorową z ryżem (z makaronem byłoby ok, ale ryż NO WAY!) ??? Przepyszną dla wszystkich tylko nie dla Ciebie. I wtedy wymyślaj historie, że Cię brzuch boli, że właśnie przed chwilką zjadłaś, że jesteś uczulona… ? To jest okropne. Pół biedy jak rzeczywiście nie jesteś bardzo głodna. Sprawa się naprawdę komplikuje, gdy przychodzisz tam głodna i bardzo chciałabyś coś zjeść, ale nic na stole nie jest w granicach Twojej tolerancji smakowej Więc liczysz, że deser będzie lepszy i jakoś to będzie. Aż tu nagle… Przyszła mama serwuje szarlotkę!!! ? ? ? A przecież Ty nienawidzisz przetworzonych owoców, owoce w cieście to najgorsze co może Cię spotkać w słodkich daniach. I nagle idzie wybawienie, drugie ciasto… niestety z jakimś musem owocowym. Bleee…. ??Nic już nie zjesz. I teraz modlić się by na następnym obiedzie nie było pierogów z kapustą lub mizerii, bo tam jest śmietana, a śmietana to jak mleko. A od mleka masz odruch wymiotny. I tak w koło!

Tak wyglądało moje życie, a w pewnym stopniu wygląda dalej. Przełomem w mojej niejadkowej historii był czas studiów. Wyjechałam na studia 250 km od domu. Nigdy jednak nie było mi w głowie by zabierać słoiki z mamusinymi obiadkami. Zdarzyło się, że zabrałam kilka pierogów (uwielbiam pierogi  Mamy), ale to był szczyt moich możliwości. A żyć trzeba. Mijały dni, tygodnie, miesiące, a ja chudłam w oczach. Kiedy przyjechałam do domu po pierwszej dłuższej nieobecności, pytano mnie, czy nie jestem chora. Waga wskazywała 47 kg, a to zdecydowanie mniej niż było zanim wyjechałam na studia… No tak! miesiące mijały jak szalone, a jeść trzeba.

I co dalej?

Mam wiele historii przełamania swoich schematów. Opowiem Wam kilka najważniejszych.

Jajka ugotowanego uczyłam się jeść od męża. On je jajka prawie codziennie, a mi śmierdziało? (to słowo najlepiej opisuje ten zapach) i nie mogłam. Często kończyło się to tak, że mąż musiał zjeść pierwszy śniadanie (jeśli jadł jajko), a następnie wietrzenie mieszkania, zanim ja mogłam bez odruchu wymiotnego zasiąść do stołu. 

Jednak któregoś dnia przełamałam się i spróbowałam zjeść gotowane jajko. Ale uwaga… musi być z maggi, bez tego nie zjem. Maggi zabija smród jaja!?

Któregoś dnia wybrałam się ze znajomymi do restauracji, gdzie akurat tego dnia szef kuchni polecał żeberka w sosie miodowo-musztardowym. Byłam oczywiście przygotowana na kurczaka z frytkami- to moje stałe danie- wszędzie! Żeby była jasność za miodem nie przepadam, musztarda też bez szału. Ale już nie o to chodzi.  Jak można miód i musztardę mieszać?! ??

Ale ponieważ postanowiłam próbować – zamówiłam coś innego niż kurczak z frytkami. Okazuje się, że żeberka w sosie miodowo-musztardowym to jedno z moich ulubionych dań.  Od tamtej pory kiedy wychodzimy gdzieś na kolację (chociaż nie zawsze mi to wychodzi) wybieram dania nieznane, co więcej, nawet mam odwagę wychodzić do restauracji z kuchnią węgierską, indyjską a nawet jemeńską. Podobnie było np. z pizzą, kiedyś tylko jeden jedyny smak i nic więcej, a teraz pokuszę się o inne rodzaje (chociaż tej hawajskiej chyba nigdy nie spróbuję).??

Bycie niejadkiem to problem nie tylko dla samego niejadka!

Któregoś dnia zapytałam męża czy uważa że jestem niejadkiem, stwierdził, że jestem CIĘŻKIM przypadkiem „niejadkowania”. Nie on jeden tak uważa.

Życie z niejadkiem jest trochę jak życie z osobą z alergią- tylko trudniej to komuś wytłumaczyć. Bo jak masz alergię, to masz alergię, a jak nie chcesz czegoś zjeść, bo nie chcesz czegoś zjeść- to już staje się mniej oczywiste.

Moi znajomi często brali pod uwagę moje preferencje. I zazwyczaj wyglądało to tak, że albo ja idę z nimi do nowej restauracji i nie jem nic, albo oni idą ze mną po raz n-ty do tej samej restauracji. Moja koleżanka neurologopedka również podejmowała próby zachęcenia mnie do nowości- niejednokrotnie!

Spokojnie to “tylko” niejadek!

Muszę przyznać, że jedzenie to mój słaby punkt. Ale śmieszne jest to, jak ludzie na Ciebie patrzą, gdy wydłubujesz owoce z ciasta. Albo jak spotkasz “bliźniaka” takiego jak ty. I myślisz sobie: Nie jest tak źle. On też wyciąga owoce??

Po co właściwie dzielę się swoją historią? Być może takich historii jest mnóstwo, być może dotyczy tylko „dziwnych” ludzi. A może właśnie wyjątkowych- bo coś nas wyróżnia? Myślę, że nie ma to najmniejszego znaczenia, jak do tego podchodzimy. Ważne co z tym robimy!

Kiedyś nikt nie wiedział czym jest wybiórczość pokarmowa, czym są nadwrażliwości sensoryczne. Nie je, bo jest niejadkiem, lub jest wybredne, albo jeszcze lepiej „bo tak mama tak nauczyła”.

Wiem, że moja Mama chciała dla mnie dobrze. Wychodziła z założenia, że lepiej żebym zjadła pierogi ruskie po raz 15-ty w miesiącu niż chodziła głodna. Nie było kiedyś żadnych metod, a moja mama nie miała skąd czerpać pomysłów. Chyba to zaakceptowała. uznała, że tak już mam i tyle.

To musi być okropnie trudne być mamą niejadka. Ale myślę też- i to będzie puentą mojego wpisu, że warto szukać pomocy u specjalistów. Dzisiaj wiemy dużo więcej, mamy mnóstwo metod, mamy różnego rodzaju zajęcia dla dzieci z wybiórczością, spotkania dla mam, grupy wsparcia, cudowne dietetyczki dzielące się w sieci swoją wiedzą.

Pamiętajmy, że ważne jest znalezienie przyczyny. Dzisiaj patrząc na swoje problemy z jedzeniem z perspektywy terapeuty integracji sensorycznej wiem, gdzie tkwił problem. Wiem też, że wielu rodziców nie ma i wcale nie musi mieś takiej wiedzy-dlatego warto szukać pomocy u tych, którzy ten temat znają.

Naprawdę ogromnie polecam korzystać z tych dóbr. Chciażby po to, by ten mały człowiek, który kiedyś będzie dorosły nie musiał się stresować przed wyjściem na obiad w nieznane miejsce??

Odpowiadając na tytuł wpisu: niejadek nie musi być niejadkiem całe życie. Im wcześniej zaczniemy z nim “pracę”, tym szybciej nim przestanie być.

Zanim zostałaś Mamą- byłaś kobietą

Zanim zostałaś Mamą, byłaś kobietą… Czy nadal nią jesteś?

Takie pytanie kieruję dzisiaj do wszystkich Kobiet-Mam.

Podzielę się z Wami moją historią i prywatną refleksją jako Mama, jako Kobieta, jako fizjoterapeutka.

To mój punkt widzenia…

Zanim kobieta zostaje Mamą, jest oczywiście kobietą. Kobietą, która w większym lub mniejszym stopniu dba o siebie, o swój wygląd, o relacje z innymi ludźmi, które też są dla niej ważne, sprawiają, że czuje się ważna.

Jest piękna- bo każda z nas jest piękna i niepowtarzalna. Kiedy zostaje Mamą, zakłada na swoje piękne ciało płaszcz. Długi  czarny płaszcz z kapturem. Tak… Z kapturem, żeby ukryć nieumyte włosy, długi, żeby ukryć ciało, którego się wstydzi. Płaszcz, który zakrywa wszystko. Jej smutek, żal, tęsknotę za dawnym życiem. Jedyne co widzisz, to mniej lub bardziej zmęczone ręce i zamyśloną twarz.

Oczywiście, jest grono mam, które mają się świetnie. Są aktywne, zadowolone. Spędzają mnóstwo czasu w taki sposób jak chcą. Ale nie o tych mamach dzisiaj. A o tych, które zapomniały, że są kobietami. O tych, które weszły w nową rolę zakładając ten właśnie płacz. Właśnie o tych, które poświęcając się macierzyństwu zatraciły swoje piękno.

Kiedyś gdzieś usłyszałam, że “decydując się na dziecko, musimy w pełni poświęcić się macierzyństwu, dlatego koniec z czasem dla siebie- albo ja albo dziecko”.

Przyznam, że zrobiło mi się przykro. Na samą myśl, gdy wracam do tych słów, widzę człowieka, który w pocie czoła poświęca się drugiemu człowiekowi, oddając całego siebie, zapominając o sobie, co w konsekwencji prowadzi do frustracji, smutku, złości, poczucia winy… Mogłabym wymieniać.

Obserwuję kobiety-mamy od kilku lat.  Widzę dużą różnicę pomiędzy mamami, które nie zapomniały o tym, że są kobietami, a tymi, które oddały zatraciły swoje kobiece piękno poświęcając się w 100% dziecku.

Co więcej… Widzę też różnice w zachowaniu dzieci tych mam.

Nie chodzi o to, by zacząć zajmować się wyłącznie sobą, pamiętajmy, że doba ma 24 godziny.

Kiedyś mój kolega fizjoterapeuta- równie ambitny człowiek jak ja, który wyciska dobę jak cytrynę odpowiedział mi w jednej z naszych rozmów na moje słowa o tym jak to doba jest krótka: „Słuchaj, Twoja doba trwa tyle samo, co doba bezdomnego z dworca centralnego”. Te słowa brzmią w mojej głowie jak echo. Dało mi to dużo do myślenia. Każdy z nas ma 24h. I to od nas zależy jak ten czas wykorzystamy.

Fakt, że każdy z nas ma inne życie, inny zakres obowiązków, inne wsparcie, inny temperament i tak też jest z matkami. Trudno porównać mamę czwórki dzieci z mamą jedynaka(chociaż ja ze swoich obserwacji widzę, że jednak matki czwórki dzieci są lepiej zorganizowane niż mamy jedynaków ?). Podobnie mamę wymagającego dziecka, które nie odstępuje mamy na krok od wesołego bobaska, który godzinami mógłby sobie leżeć. Ale posiadanie większej ilości obowiązków nie zwalnia nas mam z bycia kobietą!

Warto zadbać o siebie, o swoje potrzeby, właśnie po to by lepiej realizować się jako mama. Mówiłam już kiedyś o tym , że z pustego i Salomon nie naleje i że ciężko efektywnie pomagać innym samemu stojąc chwiejnie na nogach. I tak też jest z mamami.

Potrzebujemy siły by każdego dnia zmagać się z trudami macierzyństwa (bo wierzcie mi, że to jednak w większości trudy, nie sielanka). Jeśli czytasz ten wpis i myślisz sobie „Co za bzdury, nie róbmy z macierzyństwa takiego wyczynu”– jesteś szczęściarą, która:

  • albo ma mnóstwo pomocy od innych,
  • ma mało wymagające dziecko,
  • jest alfą i omegą,
  • lub ma totalny chill na wszystko

Ale wierz mi, że takie mamy są mniejszością. W większości martwimy się o wszystko i wszystkim co w konsekwencji nie pozwala nam skupić się na sobie, na swoich potrzebach. Co więcej… Niepotrzebnie dążymy do ideału, który nie istnieje.

I dziś przy okazji Dnia Kobiet, kieruję ten wpis do Ciebie Mamo.

Droga Mamo, zadbaj o siebie jako kobietę.

Dbanie o siebie to nie tylko piękny makijaż i zajęcia na siłowni.

To Twoje dobre słowo do siebie,

To Twoja wdzięczność za każdy trud macierzyństwa,

To Twoja wyrozumiałość w stosunku do siebie

To Twój czas dla siebie, choćby krótki.

Zadbana Mama nie musi wyglądać jak milion dolarów.

Zadbaj o swoje zdrowie, pij odpowiednią ilość wody, odstaw słodycze, zrób w końcu badanie krwi, cytologię, potańcz choćby nawet z dzieckiem 15 minut dziennie, poczytaj książkę, którą lubisz, odstaw ten telefon- pokochaj siebie bardziej!

Jesteśmy tak ważne!!! Ja to wiem, dlatego zdecydowałam się robić coś dla Kobiet, bo wiem, że na to zasługujemy. Moje serce rośnie jeszcze bardziej, gdy widzę jak to dla Was ważne i jak bardzo tego potrzebujecie. Widziałam wczoraj radość w oczach wielu z kobiet, które dotarły na spotkanie Szczęśliwych Mam, tym samym potwierdzając, że to właśnie Szczęśliwe Kobiety.

Pamiętaj, że jesteś ważna- bo jesteś kobietą, a o kobiety trzeba dbać!!! Miłego Dnia Kobiet kochane i każdego dnia w roli kobiety!

Co Ty wiesz o chodzikach?

Zacznę od początku

Kiedy zakładałam bloga, jednym z moich założeń było nie powielanie zbyt oczywistych tematów typu „nie sadzanie dziecka, które nie siedzi samodzielnie” czy „ używanie chodzików”. Ale nie da się, naprawdę się nie da! ?

Jest rok 2020. Na jednej z grup dla mam widzę post „Jaki chodzik wybrać dla dziecka. Tylko proszę bez hejtu” (oznacza to, że mama zna konsekwencje, mimo wszystko chce zafundować dziecku taki wynalazek) lub wiadomości „Pani Asiu, ja wiem, że chodzik to samo zło, ale mama nie daje mi spokoju i nalega bym kupiła małemu chodzik” (dodam, że mały ma 6 miesięcy) czuję się w obowiązku poruszenia tematu mimo wszystko.

I co ja na to?

Będę szczera. Myślałam, że temat chodzików jest oczywisty. Chciałam tak bardzo udowodnić, że używanie chodzików nie wnosi niczego dobrego do rozwoju dziecka i przedstawić Wam milion badań o ich szkodliwości, a okazuje się, że nie wiedziałam wszystkiego. Przyznaję, że wcześniej nie miałam takiej potrzeby, żeby sprawdzać doniesienia naukowe potwierdzające szkodliwość używania chodzików- uznałam, że jest to tak jałowy pomysł, że nigdy nie podjęłam się takiej czynności, aż do dziś, kiedy to postanowiłam poruszyć temat chodzików.

Co z badaniami naukowymi w tym temacie?

Dotarłam do kilku badań, które niestety ku mojemu zdziwieniu nie wnoszą niczego pozytywnego do nauki (z mojego punktu widzenia). Większość badań robiona jest na małych próbach, na zbyt różnorodnych grupach, braku grupy kontrolnej lub z brakami w danych (np. brakuje informacji jak często dziecko używało chodzika- a to według mnie BARDZO istotna informacja) i niestety większość takich badań nie potwierdza jakoby używanie chodzika miało wpływ np. na chód. Pytanie na ile takie badania były rzetelne?

Istnieją też badania, które dowodzą, że używanie chodzików opóźnia osiąganie poszczególnych umiejętności ruchowych dziecka, takich jak czworakowanie czy samodzielne chodzenie.

Nie oszukujmy się. Stworzenie idealnych badań w tym temacie byłoby bardzo trudne, chociażby ze względów etycznych. W związku z tym możemy, albo musimy polegać na wiedzy czysto medycznej- mówiąc ściślej biomechanicznej.

Wiedza BARDZO mocno się rozwinęła i nie tylko w internetach głośno o niekorzystnym wpływie stosowania chodzików, ale też (mam nadzieję, że tak jest wszędzie) coraz więcej lekarzy nie zaleca stosowania tego typu sprzętów.

Co więc złego w stosowaniu chodzików?

Na całe szczęście moi Rodzice oszczędzili mi doznań chodzikowych. Nie wiem czy jeszcze nie był to modny gadżet, czy może w ogóle nie dotarł do naszego rejonu. Ale pamiętam, że będąc małą dziewczynką miałam okazję obserwować rozwój młodszych dzieci sąsiadów. Pamiętam, że każde z nich używało chodzika (nawet tego samego). Oczywiście wtedy myślałam, że tak ma być, ba wręcz pamiętam, że był to gadżet prestiżowy- rodem z USA :)???

A będąc przy temacie USA, nie sposób nie wspomnieć o fakcie, że Amerykańska Akademia Pediatryczna uznała chodziki za niebezpieczne dla zdrowia i życia dziecka, a nawet zadecydowała o zakazie ich sprzedaży.

Warto w takim wpisie nadmienić o tym, co złe w chodziku, bo listę zalet już wymieniłam we wpisie na Facebooku- zalet jest mnóstwo- dla zapracowanego i zmęczonego rodzica, dla którego chodzik będzie niewątpliwym wybawieniem.

Co widzi moje fizjoterapeutyczne oko patrząc na dziecko brykające w chodziku?

  • Złe ustawienie miednicy (w przodopochyleniu), czyli brzuszek wysunięty do przodu- a jak brzuszek wysunięty do przodu to nie tylko słabe mięśnie- właśnie brzucha, ale też pogłębiona lordoza lędźwiowa, czyli najprościej mówiąc plecy w dolnym odcinku kręgosłupa wygięte do przodu. Nie wchodząc zbyt głęboko w anatomię- złe obciążenie kręgosłupa, a jak wiemy kręgosłup jest tylko jeden, więc nie warto fundować takich atrakcji już na początku rozwoju.
  • Nieprawidłowe obciążenie stóp. W warunkach prawidłowego chodu dziecko ma możliwość postawienia całej stopy na podłożu. Kiedy natomiast zaczyna przyspieszać przenosi ciężar ciała na przednią część stopy. Stojąc w chodziku dzieci najczęściej przy próbie przyspieszenia odpychają się paluszkami stóp, bo tak jest najłatwiej. Dziecko nie ma jeszcze wyobrażenia o tym jak powinien ten ruch wyglądać, dlatego dostaje o tym informację, ale ta informacja jest błędna.
  • Problemy z przenoszeniem ciężaru ciała. Cały rozwój dziecka to ciągłe przenoszenie ciężaru ciała. Raz na prawą stronę, raz na lewą. Przenoszenie ciężaru ciała wykorzystujemy na każdym etapie rozwoju. Obracanie się, pełzanie, czworakowanie, chodzenie.
  • Ograniczenie rotacji w tułowiu. Rotacja czyli skręt tułowia jest ogromnie ważny w naszym rozwoju. Nie myślimy o tym na co dzień, ale rotację wykorzystujemy każdego dnia, chociażby w trakcie chodu. Małe dziecko, które zaczyna swoją motoryczną przygodę rotuje swoje ciało nie tylko podczas obrotów, ale też pełzania, czy czworakowania. To dzięki rotacji może wzmacniać bardzo ważne mięśnie, które stabilizują kręgosłup. W chodziku nie ma większej potrzeby rotacji, ponieważ można odwrócić się na małych kółeczkach chodzika.
  • Późniejsze problemy z równowagą. Jak wiemy prawidłowa równowaga jest nam niezbędna do chodu. Wyróżniamy równowagę statyczną, która pozwala nam panować nad ciałem, które jest w bezruchu oraz równowagę dynamiczną, która to jest kontrolą ciała w ruchu. Chodzik nie pomaga w osiąganiu ani jednej ani drugiej równowagi. Dziecko nie ma możliwości odzyskiwania równowagi, kiedy ją utraci (pisząc językiem kolokwialnym). Normalnie kiedy nasze ciało zostanie wytrącone z równowagi, najczęściej upadamy lub staramy się odzyskać równowagę. W chodziku najczęściej zatrzymujemy się na najbliższym przedmiocie.
  • Niekorzystny wpływ na schemat ciała. Schemat ciała jest ogromnie ważny w nauce nowych umiejętności. Nie znając do końca naszego ciała, jego granic nie jesteśmy w stanie w prawidłowy sposób zaplanować ruchu.
  • Ograniczenie doznań sensoryczno-motorycznych. Tutaj mogłabym wymieniać w nieskończoność co tak naprawdę chodzik zabiera dziecku. Począwszy od dotykania różnorodnych faktur, które zazwyczaj dziecko napotyka na swojej drodze, poznawanie kształtów, czy tez motorycznie wspinanie się na schody.

Zanim niemowlę zacznie chodzić…

No właśnie! Zanim człowiek osiągnie daną umiejętność ruchową np. chód musi przejść pewną drogę, składającą się z następujących elementów:

  • Mobilność – czyli zdolność przyjęcia danej pozycji. To nic innego jak fakt, że najpierw dziecko musi SAMO wstać, dojść do danej pozycji (no właśnie- kolejny temat- nie stawiamy dziecka!).
  • Stabilność – nic innego jak zdolność stabilizacji pozycji oraz jej kontrola. Stabilność nastąpi wtedy gdy mały człowiek wspinając się przy meblach, czy kolanach rodzica, któregoś dnia, po wielu próbach nagle postanowi oderwać rączki od podparcia i stanie samodzielnie. Stanie się to dzięki mocnym mięśniom, które odpowiadają za utrzymanie postawy. A teraz wyobraźcie sobie takie niegotowe mięśnie włożone do chodzika…. brrrr…Oczywiście dziecko potrzebuje trochę czasu (jedne dzieci więcej inne mniej), by pozostać w tej pozycji by nagle pojawił się kolejny element…
  • Mobilność na stabilności – czyli zdolność wykonywania ruchu przy utrzymywaniu stabilnej pozycji ciała. I to jest właśnie to co jest nam potrzebne. Mały człowiek stał się stabilny więc rusza w drogę. Ale zanim się to stanie…
  • Nastąpi kontrolowana mobilność czyli zręczność – jest to zdolność poruszania się z zachowaniem prawidłowej zależności pomiędzy mobilnością a stabilnością, a także z uwzględnieniem podwójnych zadań.

Jak sami widzicie droga do osiągnięcia umiejętności samodzielnego chodu nie jest krótka. W przeciwieństwie chodzenia w chodziku, które nie uwzględnia wielu aspektów. Dziecko nie osiąga mobliności ponieważ to rodzic wkłada je do chodzika, nie osiąga stabilności, ponieważ to chodzik jest stabilny, a mobilność na stabilności to właśnie chód na oślep, o reszcie nie wspomnę.

Moja refleksja

Przykry jest fakt, że z chodzików korzystają zdecydowanie za małe niemowlęta, ponieważ nawet… 4 miesięczne, co mi jako fizjoterapeucie mrozi krew w żyłach.

Trudno to sobie nawet wyobrazić, ale wśród dotychczasowych badań znajdziemy również grupy badane składające się z niemowląt 3-4 miesięcznych. I ja sama bym w to nie uwierzyła gdybym któregoś dnia nie spotkała na swojej drodze zawodowej rodziców maluszka, którego starszy brat był wkładany do chodzika w wieku 5 miesięcy.

Co zamiast chodzika?

Dla mnie jako terapeuty, który zajmuje się wspieraniem rozwoju dziecka oczywistym jest, że podłoga to najlepsze środowisko dla maluszka, który chce i powinien poznawać świat. Więcej o tym napiszę w osobnym poście.

Literatura:

  1. Kauffman Ib, Ridenour M. Influence of an infant walker on onset and quality of walking pattern of locomotion: an electromyographic investigation. Percept Mot Skills 1977;45(3f):1323-9.12.
  2. Ridenour MV. Infant walkers: developmental tool or inherent danger. Percept Mot Skills 1982;55(3f):1201-2.13.
  3. Crouchman M. The effects of babywalkers on early locomotor development. Dev Med Child Neurol 1986;28(6):757-61.14.
  4. Thein M, Lee J, Tay V, Ling S. Infant walker use, injuries, and motor development. Inj Prev 1997;3(1):63-6.15.
  5. Garrett M, McElroy A, Staines A. Locomotor milestones and babywalkers: cross sectional study. BMJ 2002;324(7352):1494.16.
  6. Schopf PP, Santos CC. The influence of baby walker usage in the sensory motor development of children at schools in early childhood education. J Human Growth Develop 2015 Oct 20;25(2):156-61.
  7. https://pediatrics.aappublications.org/content/108/3/790