Smoczek XXI wieku

Uwielbiam pracować z dziećmi, moja praca jest dla mnie ogromną pasją. Pamiętam, że pracę jako terapeuta zaczynałam z górnego C prowadząc terapię z dziećmi z autyzmem i to w tej wersji hard😱

Zdarzało się, że wychodziłam z sali podrapana do krwi, czy z wyrwanymi (garściami!) włosami, a następnego dnia odkrywałam siniaki na ciele. To była naprawdę głęboka woda, ale nie żałuję.

Wierzcie mi, że to były tak ogromne wyzwania, że wtedy myślałam sobie “już nic mnie nie zaskoczy w mojej karierze, poradzę sobie ze wszystkim“. No tak… Ale miałam na myśli dzieci z niepełnosprawnością… Dzieci, których mózg nie przetwarza prawidłowo informacji, ze względu na specyfikę danego schorzenia.

Minęło 8 lat, a ja jestem w innej czasoprzestrzeni terapeutycznej. Bo pracuję z dziećmi wydawałoby się zdrowymi, z mniejszymi lub większymi deficytami w zakresie przetwarzania sensorycznego, a czasami czuję się jakbym wróciła do tamtych czasów😪

I wiecie co? W pewnym momencie zrozumiałam, że walę głową w mur. Pracowałam z dziećmi, które wchodząc na terapię oddawały rodzicowi tablet/smartfon i wychodząc dostawały go ponownie, ja zalecałam ćwiczenia do domu, po czym dowiadywałam się, że nie zostały one wykonane, pytając o czas spędzony przez ekranem otrzymywałam odpowiedzi w stylu: „około kilku godzin dziennie”.

Dziś już nie pytam o czas spędzony w ekranach. Moje podstawowe pytanie to nie ile czasu dziecko spędza przed ekranem każdego dnia, ale czy w ogóle spędza tak czas codziennie, dalej nie wchodzę w dyskusję. I mam tutaj na myśli głównie te dzieci, które trafiają na diagnozę ze względu na problemy ze snem, impulsywnością i koncentracją.

Już dziś wiem, że prowadzenie terapii w takich sytuacjach zupełnie nie ma sensu i trwa miesiącami, czasami latami, bez większych rezultatów, ostatecznie prowadząc do frustracji zarówno mojej  jak i rodzica. Dlatego już od dłuższego czasu nie podejmuję się terapii w takich przypadkach proponując wybór- terapia lub ekran.

Pomijam już kwestię straty czasu zarówno rodzica jak i mojego, ponieważ w tym czasie mogłabym przyjąć dziecko, które potrzebuje mojej pomocy i które ma szansę na poprawę stanu. Dla dziecka to żadna strata czasu, bo przynajmniej “porobi” coś aktywnego, pobuja się na huśtawce, spędzi czas z kimś kto przez 45 min poświęca mu 100% uwagi (wiem brzmi przerażająco, ale taka jest rzeczywistość).

Bywa też tak, że „takie” dzieci chcą skończyć terapię jak najszybciej by móc już pograć na smartfonie. Dzieci przyznają to otwarcie. Miałam okazję usłyszeć „ Lubię do Pani przychodzić, bo Pani zawsze się ze mną bawi i ma Pani dla mnie czas”, jak również „ Kiedy skończą się te zajęcia, chcę iść pograć”.

Pomijam też kwestię finansowe. Koszt terapii w Warszawie waha się od 80zł do nawet 120zł. W skali miesiąca to 320-480zł, a w skali roku to około 4-6 tys. zł. I mówimy tutaj o jednych zajęciach tygodniowo, a najczęściej zaleca się terapię 2 razy w tygodniu. Sami możecie podwoić sobie przedstawione sumy😣

Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że żyjemy w czasach, gdzie ciężko przeżyć choćby jeden dzień bez ekranów. Zdaję sobie sprawę z tego, że co dzień próbujemy dogonić własny ogon, nie mamy czasu na nic. Zapewne w wielu przypadkach podanie dziecku ekranu jest po prostu chwilą spokoju dla rodzica, który w tym czasie, może zrobić obiad, posprzątać, czy popracować. Pytanie czy ekran to rzeczywiście jedyne wyjście?

Pewnie nie dywagowałabym tutaj na takie tematy jako młoda matka, gdybym nie była pewna, że życie bez ekranów jest możliwe. Znam kilka wspaniałych rodzin (wiele z nich ma więcej niż 2 dzieci), gdzie każdy z rodziców ma swoją pracę do wykonania, ale też ma czas dla dzieci. Nawet przy trójce dzieci potrafią tak zorganizować im czas, że nie muszą siedzieć wpatrzeni w ekrany. Mają gry planszowe, ogromne sterty książek, które chętnie czytają, kolorowanki, zabawki typu klocki, puzzle itd. Jak się okazuje dają radę bez tabletów, komputera, smartfona. Mają wyznaczony czas (np. weekendy), którego się trzymają. Oczywiście bywają sytuacje podbramkowe, kiedy rodzice nie mają wyjścia i wtedy wyjątkowo w niewyznaczonym czasie dzieci „dostają” ekrany, ale jak patrzę na nich jest to  raczej święto, niż chleb powszedni.

Jeszcze na koniec przytoczę tutaj dość smutną historię. Kiedyś w rozmowie z moją pacjentką, (której rodzice są wspaniałymi ludźmi, ogromnie zaangażowanymi w wychowywanie trójki dzieci), usłyszałam, że w szkole są postrzegani jako „patologia”. Przyznam, że zamarłam.  Jej rówieśnicy uważają, że dzieci, które mają dostęp do ekranów wyłącznie w weekendy i sporadycznie w inne dni są patologią.

Zapytałam, a kto nie jest patologią według jej kolegów, co jest normą w takim razie. Opowiedziała, że dzieci spędzają czas w telefonach codziennie, zaraz po przyjściu ze szkoły do samego wieczora- już sama drogą dedukcji doszłam do wniosku co jest tą normą. Nogi mi się ugięły. Zainspirowana tą rozmową zapytałam któregoś dnia jednego z moich pacjentów (lat 9) jak wygląda jego dzień po przyjściu ze szkoły (dodam, że to bardzo bystry chłopiec). Odpowiedział z dumną w głosie, że każdy jego dzień wygląda tak samo. Wraca ze szkoły i do samego wieczora gra w gry komputerowe. Zamarłam… Tym bardziej, że chłopak mimo swojej inteligencji miał spore deficyty w zakresie sensoryki (ale na szczęście tym razem nie była to moja działka), co więcej miał ogromną wadę postawy. I tylko moja fizjoterapeutyczna głowa była w stanie wyobrazić sobie co tam się dzieje w jego układzie mięśniowym.

Żyjemy w takich czasach, że jak sami widzicie nie da się tego uniknąć, albo powiem inaczej, uniknąć pewnie się da pytanie jakim kosztem.

Nie wrócimy do czasów, w których się wychowywaliśmy, a nasze życie było przepełnione kreatywnymi zabawami i nudą na zmianę (nuda też jest dobra!). Musimy żyć tu i teraz i nie tylko korzystać z tych „dobrodziejstw”, ale przede wszystkim umiejętnie z nich korzystać, z umiarem i zdrowym rozsądkiem.

Nie oceniam nikogo, każdy niech robi to co uważa za słuszne. Ja dla siebie wyciągam wnioski obserwując innych rodziców. Dlatego dziś dzielę się swoją refleksją jako terapeuta, jako ktoś kto stoi obok. Czasami potrzeba nam takiego „innego” punktu widzenia. Ty również możesz wyciągnąć wnioski dla siebie, możesz coś zmienić, możesz też niczego nie zmieniać. Tradycyjnie powiem- Rodzicu do Ciebie należy wybór.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *