Emocje dziecka i matki- wywiad z psychologiem

Wywiad z wspaniałą psycholożką Aleksandrą Iwacz? Mamologia

Może warto na początek wyjaśnić sobie czym są emocje a czym napięcie emocjonalne?

Emocje są czymś co towarzyszy różnym wydarzeniom i zwykle trwają dosyć krótko, mówi się o 90 sekundach. Lubię myśleć o emocjach jako o czymś co pozwala nam rozumieć siebie i innych. Smutek pozwala nam pogodzić się ze stratą, złość daje nam znać, że na coś się nie zgadzamy, strach ostrzega nas przed czymś niebezpiecznym. Warto sobie uświadomić rolę każdej z emocji, bo to od razu pokazuje nam, że nie emocji dobrych i złych. Wszystkie są potrzebne. Napięcie emocjonalne, to najprościej mówiąc coś, co potocznie nazywamy stresem.

W jaki sposób dzieci radzą sobie z napięciem? (mam na myśli ssanie palca, bujanie itp.)

Moje subiektywne obserwacje pokazują, że najpopularniejsze sposoby radzenia sobie z napięciem emocjonalnym przez dzieci to ssanie palca, gryzienie, obgryzanie paznokci, wyrywanie sobie włosów, rytmiczne bujanie się, ale też masturbacja czy agresja – wobec innych i wobec samego siebie. Dzieci mogą też uciekać w tiki nerwowe, moczenie czy zaburzenia jedzenia, jąkanie. Trudno wymienić wszystko, ile dzieci – tyle sposobów. Rodzice stawiają sobie wtedy pytanie: co robić? Jak reagować? Właściwe pytanie brzmi: co powoduje to napięcie i jak je zniwelować.
Sporo takich zachowań zanika wraz z rozwojem, ale jeśli utrudniają życie nam lub dziecku, albo budzą nasz niepokój, to warto się skonsultować. To co możemy zrobić jako rodzice, to zapewnić maksymalne poczucie bezpieczeństwa.

Jak pomóc dziecku rozładować napięcie w ciele?

Spędzać sporo czasu na zabawie, w której to dziecko może przejąć kontrole. Zabawa często pokazuje autentyczne emocje, daje wskazówki co dziecko trapi i co mogłoby pomóc. Po za tym, wiele prawdy jest w twierdzeniu, że dzieci muszą się wybiegać, warto zadbać o zaspokojenie potrzeby ruchu: bieganie, skakanie,  tańczenie, zabawy siłowe takie jak przepychanki i czy ciągnięcie liny. Zabawy masami plastycznymi: ugniatanie ich, rozcieranie, mieszanie dłońmi.  Targanie kartek, albo malowanie na dużych arkuszach. Ściskanie różnych gniotków. Dobrze sprawdzają się też zabawy oddechowe. To oddech łączy ciało z umysłem, angażując nerw zwany błędnym. Lubię proponować dzieciom zdmuchiwanie niewidzialnych świeczek, przedmuchiwanie magicznych chmur kiedy leżą na plecach, czy ogrzewanie magicznej filiżanki kakao, którą robimy z naszych dłoni. No i nie mogę też pominąć masaży! Dzieci w dużej mierze regulują się przez ciało, pewnie Ty też możesz tu rodzicom coś podpowiedzieć.

Czy myślisz, że emocje mamy mogą w jakikolwiek sposób wpływać na dziecko? Jeśli tak to w jaki sposób?

Ja nie myślę, ja to wiem! Dzieci nie są zdolne do samoregulacji, zawsze robią to w relacji z drugim człowiekiem. Mówi się emocjonalnym wi-fi czy rezonansie limbicznym. Badania pokazują, ze kiedy w mózgu opiekuna, ważnej dla dziecka osoby pojawia się pobudzenie emocjonalne, to w mózgu dziecka dzieje się to samo.  Nasza złość przechodzi na dziecko, tak samo jak spokój. Dlatego zawsze uczenie dzieci regulacji emocji, powinniśmy zacząć od pracy z samym sobą.

Czy możesz podać jakiś przykład z autopsji lub ze swojego zawodowego doświadczenia wpływu emocji rodzica na dziecko?

Nie trzeba szukać daleko, to są sytuację, których codziennie doświadcza każdy rodzic. Dziecko gorzej zasypia kiedy my w głowie myślimy już co jeszcze mamy dziś do zrobienia. Na samą myśl o myciu dziecku zębów, robi nam się słabo, bo wiemy że znów skończy się to awanturą, ale kiedy zrobi to babcia, która ma w sobie ogrom spokoju, idzie gładko. Jesteśmy w środku awantury, dziecko się złości i nie możemy się z nim dogadać, ale wkracza drugi dorosły, który właśnie wrócił do domu w dobrym humorze i dziecku „przechodzi” w kilka chwil. Mówi się, że dzieci są lustrem rodziców, odbijają nasze zachowania i emocje.

Jak mama może radzić sobie z emocjami, które są dla niej trudne i prowadzą do nadmiernego napięcia?

Rozumiem, że masz na myśli emocje mamy? Mówi się, ze rodzic musi być kontenerem, który zmieści wszystko co „wrzuca” do niego dziecko. A więc wszystkie emocje i zachowania. To nie jest łatwe zadanie, bo musimy tam zmieścić również siebie, męża, prace i czasem ten kontener robi się bardzo mały i szybko się z niego „wylewa”. Jeśli taka sytuacja ma miejsce, to jest to dla nas sygnał, że musimy bardziej się o siebie zatroszczyć. Zadbać o swoje zdrowie fizyczne i psychiczne,  o sen, odpoczynek. Jeśli czujemy, że tego jest za dużo, a to napięcie tak jak mówisz jest nadmierne to biec czym prędzej do specjalisty, który udzieli nam wsparcia.

Czego unikać/ co robić w sytuacji kryzysowej? Kiedy widzimy, że dziecko osiąga swój najwyższy poziom frustracji i wiemy,  że zaraz wybuchnie?

Czego unikać? Własnego wybuchu. To jest coś, o co w sytuacji kryzysowej nie jest trudno, a co zdecydowanie nie pomaga. Naszym zadaniem jest zauważyć emocje dziecka, tak szybko jak tylko to możliwe. Czym szybciej się nimi zaopiekujemy, tym mniej będą one musiały rosnąć. Nie warto na pewno w momencie eskalacji próbować czegoś tłumaczyć, odwoływać się do jakiś logicznych argumentów. Jakkolwiek zabawnie to zabrzmi, każdy z nas ma w sobie trzy mózgi. Ten, który pozwala nam logicznie myśleć, ten który pozwala nam odczuwać emocje i ten najgłębiej schowany – mózg gadzi. To on odpowiada za podstawowe funkcje: oddychanie, bicie serca, uczucie głodu i pragnienia. Dzięki niemu cofamy rękę, kiedy tylko dotkniemy czegoś gorącego. Dziecko w silnych emocjach, zagrożeniu (nawet jeśli naszym zdaniem nieuzasadnionym) walczy o przetrwanie. Nie ma tu miejsca na logiczne myślenie i wyciąganie wniosków.  Próby wyciszenia reakcji stresowych w tym momencie nie mogą zwiastować nic dobrego. Nie tylko nie pomagają, ale przede wszystkim jeszcze bardziej dokładają do i tak już przeciążonego systemu nerwowego dziecka. To na co mamy wpływ, to my sami i udzielenie dziecku maksymalnego wsparcia i akceptacji emocji: „Słyszę jak Ci trudno”, „Czy jesteś zły?” „Czy to Cię zdenerwowało?”, a czasem milczenie i bycie obok jest najlepszym rozwiązaniem.

Dlaczego dzieci biją rodziców?

Czasem dlatego, że mają takie doświadczenia, że bicie jest formą komunikacji, bo zaobserwowały to u innych lub bohatera bajki. Czasem dzieci biją ze strachu, boją się dorosłych, czują się zagrożone przez sytuacje, inne dzieci. Bicie jest też sposobem na rozładowanie emocji. Czasami dzieci biją dlatego, ze nie wiedzą co zrobić, robią z bezradności. Czasem próbują sobie dostarczyć różnych wrażeń. A bywa też tak, ze to jest po prostu sposób na poznawanie świata, na jego doświadczanie.

Co robić gdy dziecko bije rodzica? Jak reagować?

Jedyna odpowiedź na to pytanie brzmi: poszukać przyczyny i się nią zaopiekować, bez tego nie wiele możemy zdziałać. Nawet jeśli uda nam się zaprzestać bicia, ale nie zajmiemy się przyczyną, to problem nie zniknie, a co najwyżej zmieni oblicze, albo obiekt. Rodzic więc musi poświęcić czas na bycie detektywem, dociekanie, sprawdzanie i obserwacje.

Jak poznać, że dziecko nie radzi sobie z emocjami?

Mam w sobie taką wielką pewność, ze rodzic jest ekspertem od swojego dziecka i jeśli coś się dzieje, coś zgrzyta, to rodzic to wyczuwa. To mogą być rzeczy widoczne gołym okiem, o których mówiłyśmy wcześniej, trudne i budzące nasz niepokój zachowania. Jednak, tak samo dzieci nadmiernie grzeczne, zawsze spokojne, nie pozwalające sobie na spontaniczność mogą potrzebować naszego wsparcia. Dzieci bardzo często mówią o tym, że jest im trudno, ale często nie robią tego wprost. Bywa, że za „Mamo, pobawisz się ze mną?”, kryje się „Mamo, mam problem, ale nie wiem jak Ci o tym powiedzieć”. Jeśli  dzieci na co dzień będą czuły naszą akceptację i bezwarunkową miłość będą łatwej dzieliły się  z nami tym co czują.

Olę znajdziecie na Facebooku oraz Instagramie. Jest mamą i wspaniałym terapeutą?

Rozwój mowy to nie tylko słowa. Od jedzenia do mówienia

W gabinecie logopedycznym coraz częściej obserwuję, że deficyty artykulacyjne u dzieci często mają podłoże w nieprawidłowościach sensomotorycznych aparatu orofacjalnego. Wobec tego należy zwiększyć świadomość wśród rodziców i opiekunów dotyczącą tego, że czynności, które są związane z przyjmowaniem pokarmów wpływają także bezpośrednio na sprawność aparatu artykulacyjnego. Poniżej postaram się wyjaśnić jaki wpływ ma przebieg ssania, gryzienia, żucia, połykania i oddychania na późniejszy rozwój artykulacji dziecka.

Ale od początku. Dzieci dostarczają sobie stymulacji dotykowej jeszcze w okresie niemowlęctwa na przykład poprzez wkładanie rączek i przedmiotów do buzi, co wpływa także na odwrażliwienie wnętrza jamy ustnej.

Dzięki takiej autostymulacji oralnej, podczas której maluszek oswaja się z obecnością  paluszków lub przedmiotów w buzi, przesuwa granicę odruchu wymiotnego w kierunku gardła. 

Niemowlęta poprzez autoeksplorację oralną poznają wielkość, kształt i smak przedmiotu, który wkładają do ust. Takie doznania sensoryczne, które towarzyszą autostymylacji oralnej przygotowują dziecko do jedzenia, picia, a także wydawania dźwięków artykulacyjnych.

„Niemowlę rozwija mięśnie ustno-twarzowe przez ssanie i połykanie, a później przez gryzienie i żucie. Tego rodzaju aktywności sensoryczno-motoryczne stanowią podstawę tworzenia się pierwszych wokalizacji i rozwoju mowy (artykulacji).”[1]

Czynność ssania to odruch wrodzony i fizjologiczny. Jest to najsilniejszy i zapewniający przeżycie, naturalny odruch dziecka. Pojawia się już w życiu płodowym (ok. 17 tyg. ciąży) i wówczas dziecko potrafi ssać własny palec, natomiast pełna reakcja ssania, która polega na koordynacji ssania, połykania i oddychania pojawia się ok. 32. tyg. ciąży. Wobec tego, większość dzieci po urodzeniu jest przygotowana do ssania piersi.

Możemy spotkać się z dwoma określeniami ssania – ssanie odżywcze i ssanie nieodżywcze.

Ssanie odżywcze wymaga od niemowlaka skoordynowanej czynności ssania-oddychania-połykania podczas pobierania pokarmu.

Ssanie nieodżywcze nie przynosi dziecku walorów odżywczych, natomiast daje poczucie bliskości i bezpieczeństwa, pomaga niemowlakowi w samoregulacji i w regulacji systemu sensorycznego. Dziecko w ten sposób ssie najczęściej opróżnioną pierś mamy, smoczek lub kciuka.

Odruch ssania jest niezwykle istotnym elementem prawidłowego rozwoju umiejętności jedzenia dziecka, a ssanie piersi to najlepsza forma kontaktu dotykowego noworodka z matką. Podczas aktu ssania wzmacniają się mięśnie, które używane są także przy połykaniu – mięśnie okrężne warg, mięśnie języka i podniebienia oraz mięśnie policzkowe. Dzięki temu odbywa się także trening oddychania przez nos. Odruch ssania wygasa po 1 r.ż. i według zaleceń WHO[2], dziecku po ukończeniu 1. r.ż. nie należy podawać pokarmów ani płynów przez butelkę ze smoczkiem. Dziecko powyżej 1 r.ż. pijąc z butelki ze smoczkiem lub z butelki z twardym ustnikiem (tzw. kubka niekapka lub butelki z dzióbkiem) nie ćwiczy prawidłowego sposobu oddychania, a ponadto utrwala odruch ssania (który powinien już zaniknąć) i utrwala niemowlęcy typ połykania (to sposób połykania śliny z językiem położonym płasko na dnie jamy ustnej). Długotrwałe używanie smoczka może prowadzić do wad zgryzu, których następstwem mogą być wady wymowy, w tym także może doprowadzić do międzyzębowej realizacji głosek.

Konieczność wprowadzenia produktów uzupełniających wynika z tego, że dziecko ma coraz większe zapotrzebowanie na składniki odżywcze, których już samo mleko nie może zaspokoić. WHO[3] zaleca, aby dzieciom około 6.-7. ms. ż. zacząć wprowadzać pokarmy stałe (uzupełniające), przy jednoczesnym zachowaniu karmienia piersią. W tym czasie dziecko uczy się akceptować pokarmy o innej konsystencji niż płynna czy papkowata, a także nabywa nowe umiejętności oralne.

Pierwsze produkty uzupełniające wprowadzamy do diety dziecka, podając je łyżeczką, gdy dziecko opanuje tę umiejętność, jest to również dobry moment na to, by rozpocząć naukę picia z kubka otwartego.

Jednym ze sposobów wprowadzania pokarmów uzupełniających jest Baby Led Weaning (BLW). Metodę BLW można wprowadzić dziecku, które potrafi samodzielnie siedzieć (czyli ok. 6.-7. ms. ż.), podaje się wówczas różne pokarmy stałe w takiej postaci, by mogło je samodzielnie chwycić rączką. W tym czasie dziecko w dalszym ciągu jest karmione piersią lub produktem, który zastępuje kobiece mleko.

Pierwszą próbę picia z kubka otwartego (początkowo trzymanego dziecku przez osobę dorosłą) można rozpocząć już po 6. ms. ż., jednak doskonalenie tej umiejętności następuje wraz z rozwojem psychoruchowym, gdy dziecko stabilnie i samodzielnie siedzi. Dziecko pijąc z kubka otwartego zdobywa nowe umiejętności i uczy się dojrzałego typu połykania, podczas którego łuki zębowe są zwarte, a koniec języka opiera się na przedniej części podniebienia łuków zębowych. Jeśli jednak dziecko ma trudności z piciem z kubeczka, to warto rozpocząć naukę tej umiejętności od kubków treningowych polecanych przez logopedów. Podczas spacerów czy podróży dobrym rozwiązaniem są bidony z rurką, ale należy mieć na uwadze to, by słomka nie była wsuwana między zęby czy dziąsła tylko, aby została w przedsionku jamy ustnej.

*Pamiętajmy jednak, że dziecko będące wcześniakiem, a także dziecko z wyzwaniami rozwojowymi ma mniejszą gotowość do karmienia i w związku z tym wymaga indywidualnych rozwiązań, dostosowanych do ich możliwości i ograniczeń.

Czynności gryzienia i żucia (obok picia z kubka otwartego), są najtrudniejszymi umiejętnościami związanymi z przyjmowaniem pokarmów. Dziecko nabywa te umiejętności w naturalny sposób, przechodząc stopniowo przez wszystkie etapy rozwoju czynności pokarmowych. Początkowo dziecko może mieć trudności ze spożywaniem pokarmów wymagających żucia lub gryzienia, ale zbyt długie podawanie dziecku zmiksowanych lub papkowatych posiłków wpływa negatywnie na rozwój jego mowy.

Nauka żucia naturalnie najlepiej przebiega pomiędzy 6. a 10. ms. ż. dziecka, a gryzienie do końca 2. r. ż.

Aby wspomóc czynność umiejętności gryzienia i żucia, podajemy dziecku coraz twardsze produkty. Dziecko u  którego pojawiły się już zęby trzonowe, jest w stanie samodzielnie przygotować pokarm do połknięcia, poprzez zmielenie i zmiażdżenie go w buzi. Wobec tego dziecko w tym czasie jest już w stanie samodzielnie przetworzyć sobie pokarm do papkowatej konsystencji.  Dziecko, które spożywa twardsze pokarmy, dzięki umiejętności żucia zapobiega próchnicy, stłoczeniom zębów, wadom zgryzu, a także dostarcza sobie wielu bodźców sensorycznych i stymuluje rozrost szczęk.

Brak umiejętności gryzienia i żucia powoduje:

  • nieprawidłowo rozwinięte uzębienie,
  • obniżenie napięcia mięśniowego warg, języka, policzków,
  • nadwrażliwość jamy ustnej,
  • brak stymulacji czynności żuchwy,
  • wady zgryzu,
  • infantylne połykanie.

Podsumowując, dziecko podczas jedzenia i mówienia uczy się koordynacji mięśniowej, a przebieg ssania, gryzienia, żucia, połykania i oddychania to pierwszy, naturalny trening narządów mowy każdego człowieka, mający wpływ na późniejszy rozwój artykulacji.

Artykuł napisany przez logopedę Paulinę Mistal.

Jeśli chcecie wiedzieć więcej- zapraszam Was do śledzenia profilu Pauliny- pani logopedyczna na Facebooku i Instagramie. ⬅Kliknij

Bibliografia:

  1. Pluta-Wojciechowska D., 2017, Dyslalia obwodowa. Diagnoza i terapia wybranych form zaburzeń, Bytom
  2. Machoś M., Czajkowska M., 2019, Ssanie bez tajemnic, Zabrze.
  3. Kaczorowska-Bray K., Milewski S., 2016, Wczesna interwencja Logopedyczna, Gdańsk.
  4. Mistal P., 2019, Na co uważa gdy dziecko uczy się mówić?, Lublin
  5. Szajewska H., Socha P., Horvath A.,, Rybak A., Dobrzańska A., Katarzyna Borszewska-Kornacka M., Chybicka A., Czerwionka-Szaflarska M., Gajewska D., Helwich E., Książyk J., Mojska1 H., Stolarczyk A., Weke H., 2016, Zasady żywienia zdrowych niemowląt. Zalecenia Polskiego Towarzystwa Gastroenterologii, Hepatologii i Żywienia Dzieci
  6. Stanowisko Amerykańskiej Akademii Pediatrii  w sprawie karmienia piersią 2012

[1] M. Matyja I. Doroniewicz, Neurorozwojowe podstawy rozwoju mowy i terapii logopedycznej, (w:) K. Kaczorowska, S. Milewski, Wczesna interwencja logopedyczna, Gdańsk 2016, s. 58.

[2] Dane z „Zasady żywienia zdrowych niemowląt. Zalecenia Polskiego Towarzystwa Gastroenterologii, Hepatologii i Żywienia Dzieci”

[3]  Zob. „Zasady żywienia zdrowych niemowląt. Zalecenia Polskiego Towarzystwa Gastroenterologii, Hepatologii i Żywienia Dzieci”.

Czy niejadek przestaje być niejadkiem?

Kiedy to się zaczęło?

Zacznę od czasów szkoły podstawowej. Wyobraźcie sobie, że zawsze chciałam jeść obiady w szkole! Zazdrościłam innym dzieciom, że w trakcie tej długiej przerwy biegną z papierowym numerkiem po ciepły obiadek. Też tak chciałam. Ale moja historia z obiadami w szkole skończyła się tym, że na 20 obiadów podanych w miesiącu, ja zjadłam raptem 5. I to też nie oznaczało zjedzenia dwóch dań jednocześnie. Często była to sama zupa lub wyłącznie drugie danie. W zależności od tego czy tolerowałam dane produkty. Tak więc ponieważ za obiady płaciło się za cały miesiąc z góry, szybko z tych obiadów zrezygnowaliśmy. Dla rodziców był to wydatek, a dla mnie niepotrzebna frustracja, kiedy głodna przybiegałam na szkolną stołówkę (obiady były niespodzianką, nie było tak jak jest teraz, że wiesz co będzie w danym tygodniu) i dowiadywałam się, że dziś krupnik i pulpety w sosie pomidorowym ? Bleee! Plus często ten okropny zapach unoszący się wokół?

No właśnie! ? Mam dobry węch, do dzisiaj wyczuwam różne rzeczy mimo, że ktoś ich nie czuje i to również miało wpływ na moją wybiórczość.

Do dzisiaj tak mam, że jak w jedzeniu coś mi nie „podpachnie” to koniec, faktur pewnych też nie akceptuję, ale jest i tak lepiej niż kiedyś.

Nie ulega wątpliwości, że problemy w przetwarzaniu sensorycznym również miały ogromny wpływ na moją wybiórczość. Ale o tym innym razem.

Dorosły niejadek

To chyba było najgorsze, kiedy wychodzisz spod ciepłego klosza maminej kuchni, która serwuje Ci TYLKO to co Twoje kubki smakowe akceptują i nagle pojawiasz się na obiedzie rodzinnym u przyszłych teściów ?? A tam na stole przyszła teściowa bardzo się starając przygotowała „przepyszny” bigos lub zupę grochową lub nie daj Boże pomidorową z ryżem (z makaronem byłoby ok, ale ryż NO WAY!) ??? Przepyszną dla wszystkich tylko nie dla Ciebie. I wtedy wymyślaj historie, że Cię brzuch boli, że właśnie przed chwilką zjadłaś, że jesteś uczulona… ? To jest okropne. Pół biedy jak rzeczywiście nie jesteś bardzo głodna. Sprawa się naprawdę komplikuje, gdy przychodzisz tam głodna i bardzo chciałabyś coś zjeść, ale nic na stole nie jest w granicach Twojej tolerancji smakowej Więc liczysz, że deser będzie lepszy i jakoś to będzie. Aż tu nagle… Przyszła mama serwuje szarlotkę!!! ? ? ? A przecież Ty nienawidzisz przetworzonych owoców, owoce w cieście to najgorsze co może Cię spotkać w słodkich daniach. I nagle idzie wybawienie, drugie ciasto… niestety z jakimś musem owocowym. Bleee…. ??Nic już nie zjesz. I teraz modlić się by na następnym obiedzie nie było pierogów z kapustą lub mizerii, bo tam jest śmietana, a śmietana to jak mleko. A od mleka masz odruch wymiotny. I tak w koło!

Tak wyglądało moje życie, a w pewnym stopniu wygląda dalej. Przełomem w mojej niejadkowej historii był czas studiów. Wyjechałam na studia 250 km od domu. Nigdy jednak nie było mi w głowie by zabierać słoiki z mamusinymi obiadkami. Zdarzyło się, że zabrałam kilka pierogów (uwielbiam pierogi  Mamy), ale to był szczyt moich możliwości. A żyć trzeba. Mijały dni, tygodnie, miesiące, a ja chudłam w oczach. Kiedy przyjechałam do domu po pierwszej dłuższej nieobecności, pytano mnie, czy nie jestem chora. Waga wskazywała 47 kg, a to zdecydowanie mniej niż było zanim wyjechałam na studia… No tak! miesiące mijały jak szalone, a jeść trzeba.

I co dalej?

Mam wiele historii przełamania swoich schematów. Opowiem Wam kilka najważniejszych.

Jajka ugotowanego uczyłam się jeść od męża. On je jajka prawie codziennie, a mi śmierdziało? (to słowo najlepiej opisuje ten zapach) i nie mogłam. Często kończyło się to tak, że mąż musiał zjeść pierwszy śniadanie (jeśli jadł jajko), a następnie wietrzenie mieszkania, zanim ja mogłam bez odruchu wymiotnego zasiąść do stołu. 

Jednak któregoś dnia przełamałam się i spróbowałam zjeść gotowane jajko. Ale uwaga… musi być z maggi, bez tego nie zjem. Maggi zabija smród jaja!?

Któregoś dnia wybrałam się ze znajomymi do restauracji, gdzie akurat tego dnia szef kuchni polecał żeberka w sosie miodowo-musztardowym. Byłam oczywiście przygotowana na kurczaka z frytkami- to moje stałe danie- wszędzie! Żeby była jasność za miodem nie przepadam, musztarda też bez szału. Ale już nie o to chodzi.  Jak można miód i musztardę mieszać?! ??

Ale ponieważ postanowiłam próbować – zamówiłam coś innego niż kurczak z frytkami. Okazuje się, że żeberka w sosie miodowo-musztardowym to jedno z moich ulubionych dań.  Od tamtej pory kiedy wychodzimy gdzieś na kolację (chociaż nie zawsze mi to wychodzi) wybieram dania nieznane, co więcej, nawet mam odwagę wychodzić do restauracji z kuchnią węgierską, indyjską a nawet jemeńską. Podobnie było np. z pizzą, kiedyś tylko jeden jedyny smak i nic więcej, a teraz pokuszę się o inne rodzaje (chociaż tej hawajskiej chyba nigdy nie spróbuję).??

Bycie niejadkiem to problem nie tylko dla samego niejadka!

Któregoś dnia zapytałam męża czy uważa że jestem niejadkiem, stwierdził, że jestem CIĘŻKIM przypadkiem „niejadkowania”. Nie on jeden tak uważa.

Życie z niejadkiem jest trochę jak życie z osobą z alergią- tylko trudniej to komuś wytłumaczyć. Bo jak masz alergię, to masz alergię, a jak nie chcesz czegoś zjeść, bo nie chcesz czegoś zjeść- to już staje się mniej oczywiste.

Moi znajomi często brali pod uwagę moje preferencje. I zazwyczaj wyglądało to tak, że albo ja idę z nimi do nowej restauracji i nie jem nic, albo oni idą ze mną po raz n-ty do tej samej restauracji. Moja koleżanka neurologopedka również podejmowała próby zachęcenia mnie do nowości- niejednokrotnie!

Spokojnie to “tylko” niejadek!

Muszę przyznać, że jedzenie to mój słaby punkt. Ale śmieszne jest to, jak ludzie na Ciebie patrzą, gdy wydłubujesz owoce z ciasta. Albo jak spotkasz “bliźniaka” takiego jak ty. I myślisz sobie: Nie jest tak źle. On też wyciąga owoce??

Po co właściwie dzielę się swoją historią? Być może takich historii jest mnóstwo, być może dotyczy tylko „dziwnych” ludzi. A może właśnie wyjątkowych- bo coś nas wyróżnia? Myślę, że nie ma to najmniejszego znaczenia, jak do tego podchodzimy. Ważne co z tym robimy!

Kiedyś nikt nie wiedział czym jest wybiórczość pokarmowa, czym są nadwrażliwości sensoryczne. Nie je, bo jest niejadkiem, lub jest wybredne, albo jeszcze lepiej „bo tak mama tak nauczyła”.

Wiem, że moja Mama chciała dla mnie dobrze. Wychodziła z założenia, że lepiej żebym zjadła pierogi ruskie po raz 15-ty w miesiącu niż chodziła głodna. Nie było kiedyś żadnych metod, a moja mama nie miała skąd czerpać pomysłów. Chyba to zaakceptowała. uznała, że tak już mam i tyle.

To musi być okropnie trudne być mamą niejadka. Ale myślę też- i to będzie puentą mojego wpisu, że warto szukać pomocy u specjalistów. Dzisiaj wiemy dużo więcej, mamy mnóstwo metod, mamy różnego rodzaju zajęcia dla dzieci z wybiórczością, spotkania dla mam, grupy wsparcia, cudowne dietetyczki dzielące się w sieci swoją wiedzą.

Pamiętajmy, że ważne jest znalezienie przyczyny. Dzisiaj patrząc na swoje problemy z jedzeniem z perspektywy terapeuty integracji sensorycznej wiem, gdzie tkwił problem. Wiem też, że wielu rodziców nie ma i wcale nie musi mieś takiej wiedzy-dlatego warto szukać pomocy u tych, którzy ten temat znają.

Naprawdę ogromnie polecam korzystać z tych dóbr. Chciażby po to, by ten mały człowiek, który kiedyś będzie dorosły nie musiał się stresować przed wyjściem na obiad w nieznane miejsce??

Odpowiadając na tytuł wpisu: niejadek nie musi być niejadkiem całe życie. Im wcześniej zaczniemy z nim “pracę”, tym szybciej nim przestanie być.

Smoczek XXI wieku

Uwielbiam pracować z dziećmi, moja praca jest dla mnie ogromną pasją. Pamiętam, że pracę jako terapeuta zaczynałam z górnego C prowadząc terapię z dziećmi z autyzmem i to w tej wersji hard?

Zdarzało się, że wychodziłam z sali podrapana do krwi, czy z wyrwanymi (garściami!) włosami, a następnego dnia odkrywałam siniaki na ciele. To była naprawdę głęboka woda, ale nie żałuję.

Wierzcie mi, że to były tak ogromne wyzwania, że wtedy myślałam sobie “już nic mnie nie zaskoczy w mojej karierze, poradzę sobie ze wszystkim“. No tak… Ale miałam na myśli dzieci z niepełnosprawnością… Dzieci, których mózg nie przetwarza prawidłowo informacji, ze względu na specyfikę danego schorzenia.

Minęło 8 lat, a ja jestem w innej czasoprzestrzeni terapeutycznej. Bo pracuję z dziećmi wydawałoby się zdrowymi, z mniejszymi lub większymi deficytami w zakresie przetwarzania sensorycznego, a czasami czuję się jakbym wróciła do tamtych czasów?

I wiecie co? W pewnym momencie zrozumiałam, że walę głową w mur. Pracowałam z dziećmi, które wchodząc na terapię oddawały rodzicowi tablet/smartfon i wychodząc dostawały go ponownie, ja zalecałam ćwiczenia do domu, po czym dowiadywałam się, że nie zostały one wykonane, pytając o czas spędzony przez ekranem otrzymywałam odpowiedzi w stylu: „około kilku godzin dziennie”.

Dziś już nie pytam o czas spędzony w ekranach. Moje podstawowe pytanie to nie ile czasu dziecko spędza przed ekranem każdego dnia, ale czy w ogóle spędza tak czas codziennie, dalej nie wchodzę w dyskusję. I mam tutaj na myśli głównie te dzieci, które trafiają na diagnozę ze względu na problemy ze snem, impulsywnością i koncentracją.

Już dziś wiem, że prowadzenie terapii w takich sytuacjach zupełnie nie ma sensu i trwa miesiącami, czasami latami, bez większych rezultatów, ostatecznie prowadząc do frustracji zarówno mojej  jak i rodzica. Dlatego już od dłuższego czasu nie podejmuję się terapii w takich przypadkach proponując wybór- terapia lub ekran.

Pomijam już kwestię straty czasu zarówno rodzica jak i mojego, ponieważ w tym czasie mogłabym przyjąć dziecko, które potrzebuje mojej pomocy i które ma szansę na poprawę stanu. Dla dziecka to żadna strata czasu, bo przynajmniej “porobi” coś aktywnego, pobuja się na huśtawce, spędzi czas z kimś kto przez 45 min poświęca mu 100% uwagi (wiem brzmi przerażająco, ale taka jest rzeczywistość).

Bywa też tak, że „takie” dzieci chcą skończyć terapię jak najszybciej by móc już pograć na smartfonie. Dzieci przyznają to otwarcie. Miałam okazję usłyszeć „ Lubię do Pani przychodzić, bo Pani zawsze się ze mną bawi i ma Pani dla mnie czas”, jak również „ Kiedy skończą się te zajęcia, chcę iść pograć”.

Pomijam też kwestię finansowe. Koszt terapii w Warszawie waha się od 80zł do nawet 120zł. W skali miesiąca to 320-480zł, a w skali roku to około 4-6 tys. zł. I mówimy tutaj o jednych zajęciach tygodniowo, a najczęściej zaleca się terapię 2 razy w tygodniu. Sami możecie podwoić sobie przedstawione sumy?

Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że żyjemy w czasach, gdzie ciężko przeżyć choćby jeden dzień bez ekranów. Zdaję sobie sprawę z tego, że co dzień próbujemy dogonić własny ogon, nie mamy czasu na nic. Zapewne w wielu przypadkach podanie dziecku ekranu jest po prostu chwilą spokoju dla rodzica, który w tym czasie, może zrobić obiad, posprzątać, czy popracować. Pytanie czy ekran to rzeczywiście jedyne wyjście?

Pewnie nie dywagowałabym tutaj na takie tematy jako młoda matka, gdybym nie była pewna, że życie bez ekranów jest możliwe. Znam kilka wspaniałych rodzin (wiele z nich ma więcej niż 2 dzieci), gdzie każdy z rodziców ma swoją pracę do wykonania, ale też ma czas dla dzieci. Nawet przy trójce dzieci potrafią tak zorganizować im czas, że nie muszą siedzieć wpatrzeni w ekrany. Mają gry planszowe, ogromne sterty książek, które chętnie czytają, kolorowanki, zabawki typu klocki, puzzle itd. Jak się okazuje dają radę bez tabletów, komputera, smartfona. Mają wyznaczony czas (np. weekendy), którego się trzymają. Oczywiście bywają sytuacje podbramkowe, kiedy rodzice nie mają wyjścia i wtedy wyjątkowo w niewyznaczonym czasie dzieci „dostają” ekrany, ale jak patrzę na nich jest to  raczej święto, niż chleb powszedni.

Jeszcze na koniec przytoczę tutaj dość smutną historię. Kiedyś w rozmowie z moją pacjentką, (której rodzice są wspaniałymi ludźmi, ogromnie zaangażowanymi w wychowywanie trójki dzieci), usłyszałam, że w szkole są postrzegani jako „patologia”. Przyznam, że zamarłam.  Jej rówieśnicy uważają, że dzieci, które mają dostęp do ekranów wyłącznie w weekendy i sporadycznie w inne dni są patologią.

Zapytałam, a kto nie jest patologią według jej kolegów, co jest normą w takim razie. Opowiedziała, że dzieci spędzają czas w telefonach codziennie, zaraz po przyjściu ze szkoły do samego wieczora- już sama drogą dedukcji doszłam do wniosku co jest tą normą. Nogi mi się ugięły. Zainspirowana tą rozmową zapytałam któregoś dnia jednego z moich pacjentów (lat 9) jak wygląda jego dzień po przyjściu ze szkoły (dodam, że to bardzo bystry chłopiec). Odpowiedział z dumną w głosie, że każdy jego dzień wygląda tak samo. Wraca ze szkoły i do samego wieczora gra w gry komputerowe. Zamarłam… Tym bardziej, że chłopak mimo swojej inteligencji miał spore deficyty w zakresie sensoryki (ale na szczęście tym razem nie była to moja działka), co więcej miał ogromną wadę postawy. I tylko moja fizjoterapeutyczna głowa była w stanie wyobrazić sobie co tam się dzieje w jego układzie mięśniowym.

Żyjemy w takich czasach, że jak sami widzicie nie da się tego uniknąć, albo powiem inaczej, uniknąć pewnie się da pytanie jakim kosztem.

Nie wrócimy do czasów, w których się wychowywaliśmy, a nasze życie było przepełnione kreatywnymi zabawami i nudą na zmianę (nuda też jest dobra!). Musimy żyć tu i teraz i nie tylko korzystać z tych „dobrodziejstw”, ale przede wszystkim umiejętnie z nich korzystać, z umiarem i zdrowym rozsądkiem.

Nie oceniam nikogo, każdy niech robi to co uważa za słuszne. Ja dla siebie wyciągam wnioski obserwując innych rodziców. Dlatego dziś dzielę się swoją refleksją jako terapeuta, jako ktoś kto stoi obok. Czasami potrzeba nam takiego „innego” punktu widzenia. Ty również możesz wyciągnąć wnioski dla siebie, możesz coś zmienić, możesz też niczego nie zmieniać. Tradycyjnie powiem- Rodzicu do Ciebie należy wybór.

Kalendarze postanowień

Wiem, jak ciężko czasami zmotywować dziecko. Powiedziałabym, że to nie lada wyzwanie. Dlatego przygotowałam dla Waszych starszaków specjalne checklisty (kalendarze postanowień) do wykonywania zadań.

Również dla Was drodzy Rodzice i Specjaliści przygotowałam kalendarze postanowień. Możecie wybrać wersję miesięczna lub tygodniową. Warto wydrukować taki kalendarz i mimo wszystko podjąć challenge i codziennie postanowić chociażby jedną rzecz. To nie musi być górnolotne „Pójdę na siłownię”, ale zwykłe „Okażę wdzięczność mojemu mężowi/dziecku”, „Nie zjem słodyczy”, „Zjem coś zdrowego”, „Wyjdę na spacer”.  Bardzo Was zachęcam do tego.

Na liście może też znaleźć się „30 min leżenia na brzuszku” w przypadku Maluszków, które tego nie robią. Warto podliczyć na koniec miesiąca/tygodnia nasze sukcesy, ale też porównywać z poprzednim miesiącem/tygodniem.

Oczywiście nie chodzi o to by traktować to zbyt poważnie, ale być może kalendarze okażą się dobrą i pożyteczną zabawą dla całej rodziny. Tego Wam życzę.

Kalendarz dla dziewczynki A4 KLIKNIJ TUTAJ ABY POBRAĆ

Kalendarz dla chłopca A4 KLIKNIJ TUTAJ ABY POBRAĆ

Kalendarze (dwa na stronę A4) dla dziewczynki TUTAJ i chłopca TUTAJ

Kalendarz dla Ciebie na cały miesiąc KLIKNIJ TUTAJ ABY POBRAĆ

Kalendarz dla Ciebie-tygodniowy z podziałem na obszary postanowień KLIKNIJ TUTAJ ABY POBRAĆ

Dyspraksja – Syndrom Niezdarnego Dziecka

Czy wykonując codzienne czynności zastanawiacie się nad planem działania?? Nie sądzę.

Myślenie o zadaniu jest potrzebne w trakcie podejmowania decyzji dotyczącej zrobienia czegoś, natomiast w trakcie wykonywania czynności nie jest zbyt przydatne. Często robimy coś automatycznie. Ale aby tak się działo, potrzebujemy dobrej integracji sensorycznej. Dziecko (czy osoba dorosła) z dyspraksją nie ma tej swobody.

Co właściwie kryje się pod trudnym pojęciem dyspraksji???

Tak naprawdę są to trudności w planowaniu i wykonywaniu w prawidłowej sekwencji niewyuczonych zachowań motorycznych.

Czym właściwie są owe zachowania motoryczne?

No właśnie… To nie tylko umiejętność chodu, skakania, czy wdrapywania się po drabince. Dyspraksja może dotyczyć zarówno dużej motoryki (czyli wszystko co związane z ruchem, poruszaniem się, a nawet bardzo ważne- ubieraniem się itd.), ale również małej motoryki– i tutaj to co bardzo istotne-  pisanie czy czynności takie jak zapinanie guziczków, nawlekanie koralików, wiązanie sznurówek i wszystkie te „robótki ręczne”. Ponadto dyspraksja może dotyczyć motoryki oralnej, czyli uproszczając chodzi o mowę ?

Dużo tego co? Właściwie można powiedzieć prawie wszystko co nam potrzebne do życia. Teraz pytanie, czy temat w ogóle jest istotny? Według mnie tak!

Przypominają mi się lekcje wychowania fizycznego w podstawówce, kiedy to pani zadaje ćwiczenie i gdzieś tam w rogu stoi przysłowiowy Jaś, który robi wszystko na opak! ??

Właściwie problem nie dotyczy tylko dzieci, wystarczy wejść na zajęcia Zumby lub fitness ??‍♀️

To co jest bardzo ważne: z dyspraksji się nie wyrasta! Więc sensowne zdaje się tu być powiedzenie” czego Jaś się nie nauczył, tego Jan nie będzie umiał”.

??????
To z tych smutniejszych aspektów dyspraksji, a z tych pozytywnych to fakt, że dzieci z dyspraksją to najczęściej bardzo bystre jednostki?

Jak to działa?

Gdy inteligentne dziecko z dyspraksją widzi, jak inne dzieci się czymś bawią, jest w stanie pojąć, co one robią, natomiast nie będzie potrafiło zaplanować swojej zabawy. ??Często kończy się to w ten sposób, że chęć zabawy danym przedmiotem sprawia, że dziecko ciągnie lub pcha zbyt mocno i w ten sposób niszczy dany przedmiot ?

Dziecko z dyspraksją ma słabsze poczucie własnego ciała i tego co jego ciało potrafi. Nie zdaje sobie sprawy, że ma tyle możliwości dobrej zabawy.

Co dalej?

Warto wiedzieć co będzie pogłębiać dyspraksję, a więc czego unikać.
??????

⭐Po pierwsze brak doświadczeń sensoryczno-motorycznych. Jest to chyba oczywiste, jeśli dziecko nie eksploruje otoczenia, to jak ma się czegoś nauczyć?

⭐ Po drugie wyręczanie dziecka. Myślę, że tutaj nie muszę rozwijać. Dodam tylko, że nasz mózg uczy się poprzez doświadczenie, im mniej możliwości by coś zrobić, tym mniejsze szanse, że się tego nauczę?

⭐ Po trzecie (to jest powiązane z poprzednim)- unikanie aktywności, czyli brak treningu (dobrze ktoś powiedział trening czyni mistrza)??

⭐ Po czwarte, negatywne wzmocnienia. Ponieważ uwielbiam przekładać przykłady na nasz dorosły świat, powiem tak: wyobraź sobie pierwszy dzień w pracy, kiedy nie do końca Ci coś wychodzi, a Twój nowy szef zamiast Cię pozytywnie podbudowywać mówi same negatywy. Chce Ci się starać???

⭐ Po piąte- wymagania niedostosowane do możliwości dziecka. Cóż, w dzisiejszym świecie, to chyba nie jest takie proste i oczywiste dla rodziców. Myślę, że można skopiować tutaj przykład z pierwszym dniem pracy i obowiązkami, których nie jesteś w stanie wykonać. W pewnym momencie możesz po prostu poczuć, że się do tego nie nadajesz i nie ma sensu tego robić!

Jak zobaczyć, że coś jest nie tak?

Na koniec myślę, że warto wspomnieć o pierwszych objawach dyspraksji. Ponieważ to nie prawda, że możemy ją zauważyć dopiero w przedszkolu, gdy pani z gimnastyki pokazuje ćwiczenia, a Jaś się gubi. Pierwsze objawy możemy zauważyć w niemowlęctwie. Najczęściej jest to opóźniony rozwój ruchowy. Dziecko później zaczyna osiągać poszczególne etapy rozwoju, później (lub wcale) czworakuje. Oczywiście jeśli niemowlę wykazuje opóźniony rozwój ruchowy nie oznacza to, że zawsze rozwija dyspraksję (zachowajmy zdrowy rozsądek). Nie mniej jednak należy dziecko obserwować. Podobnie z rozwojem mowy, czy też zabaw konstrukcyjnych, takich jak budowanie z klocków, tworzenie torów przeszkód, ale to już u nieco starszego malucha.

Pamiętajmy, że dzieci z dyspraksją wkładają w opanowanie nowych umiejętności znacznie więcej wysiłku niż ich rówieśnicy. Częściej narażone są na porażki, dlatego też zwykle też wycofują się z podjęcia działań. Wiele spośród nich jest labilnych emocjonalnie, a nawet najmniejszy bodziec może wywołać mnóstwo negatywnych emocji.

Tak naprawdę nauka nowych umiejętności teraz- to inwestycja w budowanie wiary we własne siły w przyszłości. Nie odbierajmy tego dzieciom z dyspraksją.

Myślę, że trzeba podsumować temat strategiami jak pomóc dziecku z dyspraksją? O tym w kolejnym artykule.

Źródło:
A.Jean Ayres. Dziecko a integracja sensoryczna. Harmonia Universalis. Gdańsk 2015.
Z.Przyrowski Integracja Sensoryczna. Wprowadzenie do teorii, diagnozy i terapii 2006 Warszawa

Jakie zabawki wybrać na prezent świąteczny dla maluszka?

Powoli zbliża się czas przedświątecznych zakupów, tym samym pytania rodziców: “Co kupić dziecku?”

Oczywiście wybór jest bardzo duży (może stąd takie problemy z wyborem, ponieważ jest tego coraz więcej). Zazwyczaj rodzice decydują się na klocki, puzzle, gry planszowe (to u starszaków), czy też książki.

To co ja jako mama i terapeuta SI bardzo polecam to ogniwa i piłeczki sensoryczne firmy TULLO, o których pisałam już we wpisie o zabawkach kontrastowych (wpis możecie przeczytać tutaj). Osobiście uważam, że zabawki tej firmy są bardzo dobrej jakości, wspierają rozwój sensoryczny i przede wszystkim ceny nie są wygórowane.

Zacznę od ogniw. Prezentowałam już kontrastowe ogniwa, ale dostępne są również kolorowe. Zadziwiła mnie wielofunkcyjność tego przedmiotu. Okazało się, że ze zwykłych kawałków plastiku można zrobić mnóstwo zabawek, które cieszą dzieci.

Można wykorzystywać je jako zwykły łańcuch na który dziecko patrzy, np. w wózku.

Świetne jest to, że to zabawka, która może przejść mnóstwo transformacji. Możemy zmieniać ustawienie kolorów, modyfikować na różne sposoby i co ważne zaczepiać je prawie wszędzie.

Pojedyncze ogniwa mogą służyć jako zawieszki dla innych zabawek ?? Dla mnie jest to super sprawą, ponieważ nie każdą zabawkę da się powiesić…

? Czasami przydaje się nie tylko do zawieszania zabawek ?

Dużą zaletą ogniw są różne faktury. Każdy element ma jakąś fakturę lub jest gładki.

Oprócz ogniw uważam, że na uwagę zasługują piłeczki sensoryczne. Mamy właściwie chyba wszystkie rodzaje. Myślę, że tutaj nie muszę się rozpisywać. Każda faktura jest inna. Kolorystyka też jest bardzo różna, dodatkowo też piłeczki mają różną strukturę, jedne są bardziej twarde inne miękkie. Niektóre z nich też wydają dźwięki. Dla mnie to szczególnie ważne, gdy badam dziecko. Mogę użyć jednej zabawki do zbadania dwóch zmysłów jednocześnie. Podobnie z zabawą 🙂 Dlatego polecam ten produkt.

Widzę też, że piłeczki cieszą się dużym zainteresowaniem wśród moich koleżanek po fachu, które wybierają je nie tylko do gabinetu, ale też dla własnych maluszków.

O jakości chyba już nie muszę wspominać. Nie są to piłeczki ze sklepu chińskiego czy zoologicznego (tak, tak, tam też można kupić piłeczki).

Jeśli chcecie poznać więcej podobnych produktów odsyłam do strony firmy TULLO: https://tullo.pl/

Gdzie jesteśmy i ku czemu zmierzamy?

Dawno nie korzystałam z komunikacji miejskiej. Niestety ostatnio mój samochód odmówił posłuszeństwa i od dłuższego czasu jest w naprawie. Samochodu nie ma a jeździć trzeba, więc wróciłam do komunikacji miejskiej ?

Pamiętam tę komunikację miejską, szczególnie metro, gdy każdy z nosem w książce lub gazecie… A tu proszę… Świat poszedł do przodu.

Wiem, że każdy z nas, dużo… Zbyt dużo czasu spędza „w urządzeniach”, ale nie wiedziałam, że aż tak. Żałuję, że nie mogłam uwiecznić tego fotografią, chociaż pewnie ten widok nie jest Wam obcy, szczególnie tym, którzy na co dzień korzystają z komunikacji miejskiej.

Któregoś dnia jadąc metrem, przyznam szczerze, było mi głupio wziąć telefon do ręki, ponieważ na te 6 miejsc, które są po jednej stronie, aż 5 osób z wiszącą głową wpatrywało się w ekran swojego telefonu, po drugiej stronie było podobnie, wyjątkiem była starsza pani. I tak patrząc na te wiszące głowy myślałam sobie o odcinkach szyjnych ich kręgosłupów. Jakie to obciążenie… ???

Wiem, że mój wpis świata nie zbawi, wcale nie to jest moim celem.

Nie idzie to wszystko w dobrym kierunku… To fakt! No chyba, że mówimy o ilości pracy dla fizjoterapeutów i ortopedów?

Nie jestem święta. Kto jest bez winy niech pierwszy rzuci kamień.

Nie mniej jednak, dało mi to do myślenia… Czasami możemy zobaczyć siebie w drugim człowieku.

Pamiętam jak któregoś dnia zainstalowałam sobie aplikację, która pokazuje ile czasu spędzamy w smartphonie. Polecam każdemu. To był kubeł zimnej wody! Chociaż pewnie daleko mi do prawdziwych nałogowców telefonowych, to mimo wszystko było mi wstyd, że tracę tyle czasu na nieważne rzeczy?? I wtedy ograniczyłam korzystanie do minimum, poświęcając czas na najbardziej istotne sprawy.

I tak myślę sobie, że tyle się mówi o złym wpływie używania urządzeń przez najmłodszych… Co to daje? ? Nic, bo sami nie jesteśmy lepsi.

My wychowywaliśmy się w innych czasach, a naszym dzieciom przyszło żyć w zupełnie innych, nie znają tamtego świata, chyba, że z opowiadań.

Zrozumiałam, że dzisiejszy świat, to ciągłe zderzenia z rzeczywistością. Kolejnym zderzeniem w tym temacie był artykuł w Sky News pokazujący jak za 20 lat będzie wyglądał pracownik biurowy, jeśli nie zmieni swojego trybu życia. Niby to dotyczy pracowników w Wielkiej Brytanii, ale czy to ma jakieś znaczenie? Zamiast przeglądać Insta czy Fejsa, proponuję zerknąć na artykuł ????(link tutaj). Zobaczycie zgarbionego człowieka, z żylakami, czerwonymi oczami i odstającym brzuchem. Może to tylko żart!

W sumie jestem przerażona, ale cieszę się, że jestem fizjoterapeutą (chociaż fizjo też mają swoje obciążenia, jeśli nieodpowiednio o siebie dbają).

Któregoś dnia przechadzając się w parku, zobaczyłam trójkę chłopców, którzy grali ze sobą… Uwaga❗❗❗ W tę samą grę, każdy na swoim telefonie ??Doznałam szoku ? Wszyscy z twarzą w telefonach, ekscytując się kolejnym zdobytym levelem.

Przypomniałam sobie stare czasy, gdy ja byłam w ich wieku i zwykle wisiałam na trzepaku, wspinałam się na drzewa, bawiłam w chowanego, lub chodziłam na łąkę zbierać jakieś kwiatki. A tu takie kwiatki ???

Myślę, że obecnie nie tylko ilość zwolnień z lekcji wychowania fizycznego mówi nam dokładnie dokąd zmierzamy ➡➡➡

Z jednej strony dużo się mówi o aktywności fizycznej, otwiera się coraz więcej klubów, siłowni, a jednak nadal tłumnie tam w okolicach stycznia, lub przed wakacjami?

A dbać o siebie trzeba cały rok. Pamiętajcie o tym?

??Podejmijcie wyzwanie i za każde 30 min w telefonie zróbcie np. 30 przysiadów (luźny przykład).
A najlepiej zacznijcie ćwiczyć regularnie?? Bardzo polecam.

Warto też uczyć tego dzieci, które jak wiemy chłoną jak gąbka. Dacie im w ten sposób dobry przykład. Myślę, że warto.

Podsyłam też filmik:

Multisensoryczna kołysko-huśtawka Memola

Kilka dni temu mogliście poczytać o stymulacji układu przedsionkowego od pierwszych chwil życia. Obiecałam podzielić się z Wami czymś więcej, mianowicie przedstawić sprzęt, który spełniałby wszystkie moje oczekiwania. Długo szukałam na rynku sprzętu do stymulacji układu przedsionkowego, który można użyć w warunkach domowych. Sklepy ze sprzętem do SI proponują różnego rodzaju huśtawki, ale kiedy przyjrzałam się bliżej, niestety większość nadaje się tylko do sali integracji sensorycznej.

A co jeśli jestem mamą, która chce stymulować dziecko w domu?

Poszukiwaniom moim nie było końca, aż któregoś dnia trafiłam na ten oto sprzęt

Prezentowana na zdjęciu kołyska, to według mnie “must have” w każdym domu, gdzie mieszka maluch. I mam na myśli maluszka od 0+. Tak dokładnie! Od pierwszych chwil życia. Tak też było w moim przypadku. Decyzja o zakupie (jak i sam zakup) kołyski Memola zapadła długo przed pojawieniem się nowego członka rodziny.

Czym właściwie jest Multisensoryczna kołysko-huśtawka Memola?

Kołyska, a właściwie kołysko-huśtawka została stworzona przez panią Agnieszkę Poliński we współpracy z neurologiem dr n. med. Grażyną Banaszek. Sprzęt wykonany jest z wysokiej jakości materiałów z certyfikatem OEKO-TEX® Standard 100 i jest jedynym takim produktem na rynku. Warto dodać, że kołyska została pozytywnie zaopiniowana przez Polskie Stowarzyszenie Terapeutów Integracji Sensorycznej, co dla mnie jako terapeuty ma szczególne znaczenie.

Jakie są zalety Multisensorycznej kołysko-huśtawki Memola?

Właściwie mogłabym mnożyć zalety tego sprzętu w nieskończoność i nie dlatego, że tak uznałam, ale dlatego, że sama jako matka mam możliwość wykorzystywać ten sprzęt w swoim domu.

Funkcjonalność

To co mnie urzekło, to przede wszystkim funkcjonalność. Pracując jako terapeuta integracji sensorycznej mam kontakt z różnym sprzętem, niestety często bardzo ciężkim. Te huśtawki, na których ja pracowałam do tej pory nie tylko są ogromne i ciężkie, ale często też nie posiadają specjalnej regulacji wysokości, tzn. jak zawiesisz huśtawkę- na takiej wysokości musisz się huśtać. W Memoli nie ma tego problemu. Wysokość mogę regulować w dowolny sposób, tak by w zależności od moich potrzeb, czy potrzeb dziecka huśtawka znajdowała się wyżej lub niżej. Ma to szczególne znaczenie w przypadku maluszków, które jeszcze nie chodzą, a które musimy wyjmować z huśtawki, czasami kilka razy dziennie, co w przypadku zbyt nisko osadzonych huśtawek niesie za sobą nieprzyjemne konsekwencje dla naszego kręgosłupa. Na uwagę zasługuje też sam kształt kołyski, który umożliwia znacznie więcej ruchów, niż np. w przypadku huśtawek prostokątnych.

Nie ogranicza ruchów dziecka

Pisałam o tym w poprzednim artykule (kliknij tutaj). To co jest bardzo ważne, kołyska w przeciwieństwie do znanych bujaczków nie wymusza pozycji ułożeniowych. Oznacza to, że możemy układać dziecko w dowolnej pozycji: na brzuchu, na plecach, w siadzie, a gdy już potrafi stać – w staniu. Jest to ogromnie ważne, ponieważ dziecko nie tylko ma możliwość przenoszenia ciężaru ciała, ale również ma swobodę ruchów, co jest szczególnie ważne dla bobasów poznających swoje ciało. Nie muszę chyba wspominać o ważnym aspekcie zapobiegania asymetrii u niemowląt.

Od noworodka do 12 roku życia

Jestem pod ogromnym wrażeniem pomysłu pani Agnieszki. Kołyska została tak zaprojektowana by służyć nam na lata. Specjalne osłonki, które (też ukłon w stronę pomysłodawcy) są przeźroczyste dzięki czemu jesteśmy w stanie widzieć dziecko, a dziecko widzi nas i to co się dzieje dookoła.

www.memola.eu

Kiedy bobas podrośnie, kołyska rośnie razem z nim zamieniając się w kosz sensoryczny, wówczas przeźroczyste boki możemy wydłużyć. Daje nam to idealną okazję do ćwiczeń równowagi.

www.memola.eu

W pewnym momencie przychodzi taka chwila, że dziecko jest samodzielne i opanowuje chód. Wówczas możemy zdjąć osłonkę i pozostawić kołyskę bez boków otrzymując huśtawkę. Tutaj maluch może swobodnie siedzieć, czy leżeć na brzuchu lub plecach. Tego typu aktywności będą szczególnie ważne dla dzieci z obniżonym napięciem mięśniowym.

www.memola.eu

Stymulacja układu przedsionkowego

Jest to sprawa oczywista, że kołyska umożliwia stymulację układu przedsionkowego, jednak podkreślenia wymaga fakt, że w Memoli mamy możliwość nie tylko ruchu liniowego, ale również rotacyjnego. Oznacza to, że możemy stymulować aż dwa rodzaje receptorów naszego zmysłu równowagi. Warto dodać, że sprzęt ten jest zaprojektowany w ten sposób, że to dziecko ruchami swojego ciała może wprawiać kołyskę w ruch.

Wielofunkcyjność

Jako zapalony terapeuta integracji sensorycznej decydując się na zakup Multisensorycznej kołysko-huśtawki przyznaję myślałam głównie o wspieraniu rozwoju procesów sensorycznych. Dopiero kiedy zaczęliśmy użytkowanie okazało się, że Memola posiada o wiele szersze zastosowanie niżeli sensoryczna stymulacja. Zawieszona w salonie świetnie sprawdza się jako kołyska, w której układam dziecko na drzemkę. Dodatkowym atutem są dołączone do zestawu moskitiery, które umożliwiają ograniczenie światła, w przypadku maluszków, którym ciężko zasnąć w dzień.

Przejrzałam różne sprzęty i mogę z czystym sumieniem polecić Multisensoryczną kołysko-huśtawkę Memolę nie tylko jako terapeuta, ale jako matka.

A teraz mała niespodzianka. Udało mi się skontaktować z firmą produkującą Memolę i dla czytelników bloga przewidziana jest zniżka 10 % na hasło „fizjosensorycznie” .
Tak więc kto może niech korzysta i cieszy się jak my! ?

Śledźcie bloga, ponieważ będę dzielić się z Wami pomysłami na wykorzystanie Memoli we wspieraniu rozwoju dzieci.

Na koniec filmik prezentujący Memolę?

Tajemnicza propriocepcja. Czym właściwie jest?

czucie głębokie prioprocepcja

Bardzo często rodzice dzieci z zaburzeniami przetwarzania sensorycznego słyszą ” U Pani dziecka występują zaburzenia w zakresie przetwarzania wrażeń proprioceptywnych”. I tutaj zaczyna się burza w mózgu rodzica ” Ale jak to? Co to?”. Brzmi bardzo poważnie. Kiedy przyjrzymy się bliżej, najczęściej są to zaburzenia o charakterze podwrażliwości, ale zacznijmy od początku…

Jak dobrze wiemy, mamy 7 zmysłów, a wśród nich jeden z bardzo (jak dla mnie jeden z najważniejszych) zmysłów – propriocepcja. Nazwa dość skomplikowana, szczególnie dla tych, którzy słyszą ją po raz pierwszy. Jak każdy zmysł i ten zmysł ma swoje receptory, które mieszczą się na naszych mięśniach i stawach.

To ten zmysł informuje nas jak bardzo i jak szybko rozciągają się nasze mięśnie, jak szybko przemieszcza się nasze ciało w przestrzeni, z jaką siłą pracują nasze mięśnie.

Można powiedzieć, że propriocepcja to takie nasze wewnętrzne oko, które (bez kontroli wzroku) informuje nas o naszych ruchach oraz w jakiej pozycji znajdują się nasze ręce, nogi, głowa. W większości dzieje się to poza naszą świadomością. Na pewno zdarzyło się Wam kierować samochodem i w między czasie szukać w torebce klucza, czy telefonu, lub oglądać telewizję i zapinać jednocześnie guziki koszuli. ?

Dzięki sprawnie działającemu zmysłowi propriocepcji jesteś w stanie wejść po schodach nie patrząc pod nogi, związać włosy, czy zasunąć zamek błyskawiczny, który znajduje się z tyłu. Nie potrzebujesz do tego lustra, nie potrzebujesz kontroli wzroku, bo Twój zmysł propriocepcji robi swoje. ?

A co jeśli zmysł propriocepcji nie działa prawidłowo?

Jednym z objawów, które obserwujemy u dzieci z zaburzonym układem propriocepcji obniżone napięcie mięśniowe. Dziecko z niskim napięciem gorzej czuje swoje ciało i gorzej odczuwa jego pozycje, co często przekłada się na gorszą jakość wykonywanych ruchów. Czasami mówimy, że dziecko jest niezdarne, ciągle coś rozlewa lub tłucze, nie zauważa pewnych rzeczy czy innych osób. To co możemy zauważyć w szkolnej ławce, to podpieranie się przy pisaniu, zapadanie się w krzesełku, wręcz pokładanie. ?

U dzieci, które słabiej czują swoje ciało (mają słabsza propriocepcję) często zauważamy zachowania impulsywne, czasami wręcz agresywne (bynajmniej tak często odbiera je otoczenie). Dzieci takie uwielbiają ściskać nie tylko przedmioty, ale i inne osoby, mocno przytulają się do innych, lub wciskają w ciasne miejsca. Dziecko takie pragnie aktywności takich jak pchanie, ciągnięcie, skakanie z wyższych przedmiotów na podłogę. Zdarza się, że dzieci te są mistrzami w niszczeniu zabawek i przedmiotów. U starszych dzieci możemy obserwować zbyt mocny chwyt długopisu, u młodszych częste łamanie kredek, wgniatanie flamastrów. Często mamy wrażenie, że dziecku ze słabą propriocepcją ciężko usiedzieć na miejscu, zazwyczaj widzimy jak tupie nóżkami w podłogę, kopie w stół lub krzesło. Czasami zdarza się, że dziecko obgryza paznokcie, ssie kciuk lub podgryza elementy ubrania np. sznurki, lub długopis czy ołówek.

❗❗❗
Rzadko kiedy zaburzenia w funkcjonowaniu propriocepcji występują samodzielnie. Najczęściej towarzyszą im zaburzenia zmysłu dotykowego i przedsionkowego, co jeszcze bardziej dezorganizuje odbiór świata zewnętrznego. Te trzy układu ściśle ze sobą współpracują wpływając na świadomość ciała, kontrolę motoryczną, planowanie ruchu, ocenę ruchu, kontrolę posturalną i bezpieczeństwo emocjonalne.

Co czuje osoba z nieprawidłowo funkcjonującym układem propriocepcji?

Osobom z prawidłowo funkcjonującym zmysłem propriocepcji trudno sobie wyobrazić co czuje taka osoba. Dobrym przykładem będzie wyobrażenie sobie wykonanie zadania z nawlekaniem koralików na sznurek w grubych narciarskich rękawicach. Trudne prawda ❓❓❓

To co my jako dorośli możemy zrobić, to starać zrozumieć dziecko.
Zrozumieć to, że jego trudne czy impulsywne zachowanie nie wynika tylko z cech temperamentalnych, ale z pewnych uwarunkowań, powiedzmy sensorycznych.

Wyobraźmy sobie mózg, który jest nieco zdezorganizowany i potrzebuje uporządkowania. Taką funkcję pełni terapia integracji sensorycznej. Oczywiście wskazania do takiej terapii podejmuje terapeuta po wcześniej przeprowadzonej diagnozie.

W następnym artykule dowiecie się jak wspomagać dziecko z deficytem z obszarze zmysłu propriocepcji.